Związki aluminium w szczepionkach 2

Niebezpieczna manipulacja
To, że przeciwciała mogą także szkodzić, pokazaliśmy już na przykładzie błędnego oznaczania własnych komórek organizmu. Ponieważ w przyrodzie nic nie jest doskonałe i istnieją podobieństwa, może dojść do pomyłek. Jeśli więc układ immunologiczny zostanie raz „nastawiony” na błędną reakcję, trudno będzie potem pozbyć się tego wzorca. Współczesna medycyna nie radzi sobie z leczeniem ugruntowanej reakcji autoimmunologicznej czy też alergii. Jest to jedna z najbardziej istotnych przyczyn, dla których nieostrożnością jest masowe stosowanie u zdrowych ludzi substancji, która nieuchronnie zmusza układ immunologiczny do tworzenia nowych przeciwciał.
Ryzyko wyprodukowania autoprzeciwciał, oznaczających nie te komórki, co trzeba, jest jednak tylko jednym z wielu problemów towarzyszących stosowaniu aluminium w szczepionkach. Prócz bezpośredniego, toksycznego oddziaływania na komórki, do których przywierają hiperaktywne jony aluminium, istnieje, jak widzieliśmy, ryzyko trwałego pobudzenia układu odpornościowego, co może prowadzić do powstania przewlekłego stanu zapalnego. Objawy mogą być różne, zależnie od tego, w którym miejscu i w jakim narządzie stan ten się umiejscowi (lista chorób, którym w różnym stopniu sprzyja aluminium albo które wywołuje aluminium, została zamieszczona na s. 226).
Szereg dalszych wskazań z prac naukowych nasuwa obawy, że ta lista koszmarów może się jeszcze wydłużyć, jeśli obserwowane zjawiska okażą się prawdziwe. W kilku badaniach pojawiło się bowiem pytanie, czy aluminium jest w stanie na stałe przeprogramować nasz układ odpornościowy w niewłaściwym kierunku.
To, że szczepionki dokonują manipulacji w układzie odpornościowym, jest faktem, i taki był też cel ich stosowania – doprowadzenie do tego, by pod wpływem szczepionki człowiek przez całe życie był chroniony przed określoną chorobą, a zatem należało wpisać tę informację na trwałe do układu immunologicznego. Taki jest sens tego działania.
Ale jakie są jego ciemne strony?
Czy Peter Aaby ma rację, twierdząc, że szczepionki, abstrahując całkowicie od ich specyficznego celu, czyli ochrony przed określoną chorobą, mają jeszcze przynajmniej jeden, równie ważny uogólniony efekt?
Większość ekspertów od szczepień rzuca w odpowiedzi gładkie „nie”. Zgodnie z wiedzą uniwersytecką szczepienia są specyficznym działaniem profilaktycznym skierowanym przeciw określonym cho¬robom i, abstrahując od tego, nie ingerują w mechanizmy ludzkiego organizmu. Może się czasem zdarzyć, że szczepionka nie zadziała, to znaczy w pamięci układu odpornościowego nie zostanie zapisana pożądana informacja immunologiczna. Ale pomijając przypadki „niepowodzeń szczepiennych”, nie jest znane jakiekolwiek ich negatywne działanie. Obowiązuje generalna zasada „nie pomoże, ale i nie zaszkodzi”. Oczywiście zaraz potem następuje uspokajająca informacja, że szczepienia w zdecydowanej większości pomagają.
Inne natomiast są obserwacje lekarzy. Ich zdaniem dzieci, którym podano dużo szczepionek, często są znacznie słabszego zdrowia niż dzieci szczepione mało lub wcale. Od kilku lat uczestniczę w forum, do którego należy kilkudziesięciu lekarzy i gdzie otwarcie dyskutuje się o aktualnych badaniach naukowych, a także o kwestiach z dziedziny praktyki medycznej. Większość uczestników tego forum – prócz akademickiego wykształcenia medycznego – ma dodatkowe kwalifikacje z zakresu medycyny naturalnej, homeopatii lub innych dziedzin uzupełniających. I niemal wszyscy z biegiem lat pracy stawali się coraz bardziej krytyczni wobec szczepień. Kilku lekarzy z tego kręgu w ogóle już przestało szczepić i odsyła rodziców, którzy chcą szczepić dzieci zgodnie z kalendarzem szczepień, do kolegów po fachu. Większość jednak szczepi, o ile rodzice po wnikliwej rozmowie podejmą taką decyzję. Odstępstwa od widełek czasowych zalecanych w kalendarzu szczepień są jednak raczej regułą niż wyjątkiem. Na pierwszym miejscu stoi indywidualne podejście, zależnie od stanu i dotychczasowego rozwoju dziecka.
Decydujące dla tej rosnącej wstrzemięźliwości stały się obserwacje, z których wynikało, że zdrowie wielu dzieci po szczepieniach zdawało się słabsze niż przedtem. W wewnętrznych komunikatach czytałem często o zatroskaniu spowodowanym rozwojem u dzieci niewytłumaczalnych problemów odpornościowych, na przykład ciężkiej postaci zapalenia oskrzeli, nawracających zapaleń ucha środkowego czy migdałków. Mówiono, że niektóre dzieci chorują zwłaszcza w zimie. Uderzające było to, że wiele spośród tych szczepionych przeciw licznym chorobom dzieci „zapomniało”, jak się gorączkuje, gdyż lekko ciepławe infekcje — jak określił to pewien zaprzyjaźniony lekarz — „gotują się pod powierzchnią i nie mogą wyjść na zewnątrz”.
Kolejna obserwacja dotyczy rozmiarów niektórych chorób, w szczególności infekcji wirusowych. Na przykład ciężki przebieg ospy wietrznej z bardzo licznymi krostkami na całym ciele występuje częściej u dzieci, które wcześniej otrzymały cały zestaw szczepionek sześcioskładnikowych. W takich przypadkach, jak opowiadali lekarze, choroba może trwać nawet dwa do trzech tygodni. Dzieci nieszczepione natomiast trudno utrzymać w łóżku choćby jeden dzień, ponieważ zwykle nie mają ani gorączki, ani nic je nie boli, a pęcherzyki bez żadnych komplikacji i bez śladu same znikają po kilku dniach.
Przyjrzyjmy się najpierw temu ostatniemu efektowi: czy może być tak, że uprzednie szczepienie pogarsza późniejszą infekcję? W literaturze medycznej natknąłem się na pewien opis z końca lat sześćdziesiątych zawierający relację z niewyjaśnionego przypadku, jaki zdarzył się w trakcie badań nad nową szczepionką. Chodziło o wirus, którego nazwa jest równie trudna do wymówienia, co szerzej nieznana, czyli Human Respiratory Syncytial Virus, w skrócie RSV. Znaczenie tych wirusów przewyższa powszechną wiedzę na ich temat. Podczas gdy na przykład każde dziecko zna wirusy grypy, znajomość wirusów RSV ogranicza się w zasadzie wyłącznie do kręgów fachowych. Powód tego stanu rzeczy jest równie typowy, co banalny: przeciwko wirusom grypy istnieje szczepionka, na której można zarobić na całym świecie miliardy dolarów, przeciw wirusom RSV szczepionki nie ma.
Specjaliści od grypy do tej pory prezentowali akademicką wiedzę, zgodnie z którą objawy grypowe są wywoływane przez całe mnóstwo wirusów, jednak odpowiedzialnością za naprawdę ciężkie przypadki przebiegające z wysoką gorączką i dużym ryzykiem powikłań obarczali z reguły wirusy grypy prawdziwej. Ale czy to odpowiada faktom? Nic podobnego.
Aby wyjaśnić i sprawdzić, jakie wirusy u dzieci do lat pięciu rzeczywiście odpowiadają za ciężki przebieg grypy, zespół naukowców w dwóch dużych szpitalach pediatrycznych w USA poddał wszystkich przyjmowanych pacjentów badaniu w celu oznaczenia występujących u nich zarazków87. Co zaskakujące, okazało się, że choć o tej porze roku zaobserwowano dość ciężką falę zachorowań na grypę, u 20 procent dzieci w wymazie z błony śluzowej stwierdzono wirusy RSV. Na drugim miejscu, jeśli chodzi o przyczynę zachorowania, uplasowały się odpowiedzialne za 7 procent przypadków wirusy paragrypy. Wirusy grypy prawdziwej odpowiadały zaledwie za 3 procent przyjęć do szpitala. Duży, 36-procentowy blok dzieliły między siebie rozmaite rodzaje wirusów. U pozostałych 39 procent pacjentów natomiast nie stwierdzono występowania żadnych wirusów.
Kolejną rzeczą, jaką zbadali naukowcy, był przebieg choroby, zależnie od wirusa, który ją spowodował. Przeciętnie pobyt dziecka w szpitalu trwał dwa dni. 79 procent dzieci zakażonych wirusem RSV miało stan zapalny oskrzeli, wśród dzieci z wirusem paragrypy
—   25 procent, zaś wśród tych, u których stwierdzono wirus grypy
—   20 procent. Zapalenia płuc dostało 27 procent dzieci z wirusem RSV, 10 procent dzieci z wirusem paragrypy i 5 procent przypadków grypy. Pięcioro dzieci z infekcją wirusem RSV i jedno dziecko z wirusem paragrypy musiano przenieść na oddział intensywnej terapii, ale nie było wśród nich żadnego dziecka z wirusem grypy.
Wyniki te dobitnie wskazują na to, że wirus grypy, szczególnie w przypadku dzieci, jest stanowczo przeceniany. Jeśli już, większy sens miałoby szczepienie dzieci przeciw wirusowi RSV i paragrypy niż przeciw stosunkowo mało groźnej grypie.
U starszych osób wirus grypy zyskuje nieco na znaczeniu, ale w zasadzie tu także sytuacja przedstawia się dość podobnie. Istnieje ponad dwieście zarazków, które mogą wywołać podobne objawy chorobowe co wirus grypy. To, że grypa jest wśród nich najbardziej niebezpieczna, wszystkie inne zaś to „banalne infekcje”, jest mitem, służącym jedynie reklamie szczepionek przeciwgrypowych. Wirusy RSV, szczególnie u niemowląt i małych dzieci, mogą być znacznie bardziej problematyczne. Tylko że tu nie ma szczepionek i nie ma tabletek Tamiflu, które można by sprzedać.
Ale dlaczego nikt nie zadał sobie do tej pory trudu opracowania szczepionki przeciw wirusom RSV? Przy tak szerokim rozpowszechnieniu powinien to być niezły biznes.
Odpowiedź brzmi tak, że faktycznie już wielokrotnie próbowano wyprodukować taką szczepionkę, jednak do tej pory producenci zawsze łamali sobie na tym zęby88 89. I to z dramatycznym skutkiem.
W latach sześćdziesiątych testowano na dzieciach szczepionkę przeciw wirusowi RSV z substancją wzmacniającą zawierającą aluminium. Najpierw uczestniczący w badaniach naukowcy byli bardzo zadowoleni, ponieważ wszystko zdawało się przebiegać zgodnie z planem: u 91 procent dzieci w wyniku szczepienia poziom przeciwciał RSV we krwi wzrósł przynajmniej dziesięciokrotnie. Same w sobie powinno to wystarczyć do uchronienia dzieci przed zakażeniem tymi wirusami.
Ale tak się nie stało. Pokazał to drastyczny test, na który dziś już by nie zezwolono, jednak wtedy był jeszcze powszechnie stosowany: zarówno szczepione, jak i nieszczepione dzieci spryskano prawdziwymi wirusami RSV, aby sprawdzić, czy szczepionka działa. W obu grupach zachorowało tyle samo dzieci. A więc szczepionka nie zadziałała.
Ale potem zdarzyło się coś jeszcze gorszego. Podczas gdy w grupie dzieci nieszczepionych po kontakcie z wirusami poważne objawy rozwinęły się tylko u 5 procent dzieci, to z grupy zaszczepionej 80 procent dzieci trzeba było przyjąć na oddział szpitalny. To samo zdarzyło się zaszczepionym dzieciom, które – poza medyczną serią testową – w sposób naturalny zaraziły się wirusem RSV. Rozwinęło się u nich ciężkie zapalenie oskrzeli, niekiedy połączone z ciężkim zapaleniem płuc. Dwoje dzieci z grupy testowej zmarło. Przeprowadzona po śmierci sekcja zwłok ujawniła tragiczny stan płuc: układ odpornościowy – przede wszystkim były to naturalne komórki żerne — podjęły zmasowany atak na oznaczony przez przeciwciała obszar w oskrzelach i płucach i zniszczyły wszystkie podejrzane komórki. Szkody w narządach dzieci były gigantyczne. Szczepionka tak mocno wyostrzyła układ immunologiczny, że stał się on bardziej niebezpieczny niż same wirusy.
Opublikowana w 1969 roku oryginalna praca90 na temat tego tragicznego doświadczenia ze szczepionką kończy się następującą poważną konstatacją: „Wydaje się oczywiste, że dzieci, które otrzymały tę szczepionkę, nie są zabezpieczone przed występującym zakażeniem, a jeśli do infekcji dojdzie na drodze naturalnej – chorują znacznie ciężej”.
Przez dłuższy czas to, co się naprawdę stało, pozostawało zagadką. Producenci szczepionek zlecali naukowcom badania mające wyjaśnić mechanizm tego zjawiska. Tylko bowiem identyfikacja przyczyny problemu umożliwi kiedyś w przyszłości wyprodukowanie nowej szczepionki przeciw wirusom RSV i wprowadzenie jej na rynek.
Jedna z takich grup pracowała 30 lat po tamtych wydarzeniach w Holandii. Zespół składał się z siedmiu naukowców z Laboratorium Badawczego Chorób Zakaźnych w Bilthoven i Departamentu Wirusologii uniwersytetu im. Erasmusa w Rotterdamie. Badaniami kierowała Anita Boelen. Podpisała ona czteroletni kontrakt z firmą farmaceutyczną i dość dokładnie odtworzyła warunki tamtego doświadczenia. Nie było tu jednak dzieci, lecz myszy.
Zwierzęta podzielono na trzy grupy. Jedna pozostała nieszczepio- na, druga dostała szczepionkę RSV, taką, jaką stosowano w latach sześćdziesiątych, a trzecia grupa została zaszczepiona pseudoszcze- pionką. Zawierała ona całe składniki oryginalnej szczepionki, a więc również aluminium, ale bez antygenów stosowanych w szczepionce, czyli bez martwych wirusów RSV.
Kilka dni po szczepieniu myszy – tak jak w pierwotnym doświadczeniu — zostały zarażone żywymi wirusami RSV. W tym celu za pomocą specjalnego urządzenia wdmuchnięto im wirusy do nosa i jamy ustnej. I po raz wtóry zdarzyło się to, co zdarzyło się u dzieci: zaszczepione myszy zapadły na ciężką chorobę płuc, nieszczepione miały tylko niegroźny katar.
Dokładna analiza uwolnionych przez uldad immunologiczny cytokin, przeciwciał i aktywnych komórek w płucach ujawniła gigantyczną różnicę: podczas gdy nieszczepione zwierzęta zareagowały na infekcję komórkową odpowiedzią immunologiczną, szczepionka całkowicie reakcję tę odwróciła. Efektem było gigantyczne uszkodzenie mysich płuc, które przypominały pole bitwy.
Jednak tym, co najbardziej zdziwiło Anitę Boelen, było zachowanie trzeciej grupy, która została zaszczepiona mieszanką zawierającą aluminium, pozbawioną zaś substancji czynnej: „co zaskakujące, odpowiedź immunologiczna w grupie z pseudoszczepionką wzmocnioną aluminium była jeszcze silniejsza” – napisano w raporcie z badań opublikowanym w 2001 roku w czasopiśmie fachowym „Vaccine”91.
W części dyskusyjnej tej pracy Anita Boelen napisała:

Cytuj

„Nasze wyniki podkreślają znaczenie składników szczepionek poza antygenami RSV: najprawdopodobniej zawierający aluminium adiuwant jest katalizatorem szkody spowodowanej przez szczepionkę. To naprawdę zaskakujące, że dotąd tylko w niewielu badaniach zauważono to zjawisko”.

Nawiązałem kontakt z Anitą Boelen i spytałem ją, czy później zajmowała się jeszcze dokładniej tym zjawiskiem. Zaprzeczyła. Kontrakt skończył się po czterech latach, a zleceniodawca — producent szczepionki – nie miał żadnego interesu w dalszym wyjaśnianiu roli aluminium. Dziś Boelen pracuje w zupełnie innym dziale i zamiast szczepionek zajmuje się hormonem tarczycy. Jest jej żal, jak mi powiedziała, gdyż za istotne uważa dokładniejsze zbadanie składnika tak szeroko stosowanego w szczepionkach dla dzieci pod kątem jego bezpieczeństwa. Również poza nieudanym szczepieniem przeciw wirusowi RSV:

Cytuj

„Myślę, że możliwe jest, iż to aluminium wpływa ogólnie na immunologiczną odpowiedź na białka wirusów — napisała Anita Boelen w ostatnim mailu. — Wydarzenia związane ze szczepionką RSV pokazały dość drastycznie, jak daleko idące zmiany reakcji immunologicznej może ono wywołać”.

Szczególną cechą prac Anity Boelen było użycie pseudoszczepionki, złożonej z zawierającej aluminium mieszanki bez właściwych substancji czynnych. Analiza wyników wykazała, że mieszanka ta, co zaskakujące, powoduje jeszcze większe szkody w płucach zwierząt niż prawdziwa szczepionka. Drugim zaskoczeniem był fakt, że szczepionka właściwie zadziałała, ponieważ w przeciwieństwie do pseudoszczepionki powstrzymała dalsze rozprzestrzenianie się wirusów RSV. Ale nie na wiele się to zdało. Układ odpornościowy zastosował zupełnie nieodpowiednią taktykę dla tej infekcji: coś w stylu straży pożarnej, która z powodu spalonego garnka zalewa wodą pół domu, zamiast zgasić niewielki pożar ręczną gaśnicą – równie skutecznie, lecz przy znacznie mniejszych szkodach.
U nieszczepionych zwierząt układ odpornościowy zastosował tak zwaną reakcję Th1. Charakteryzuje się ona przede wszystkim aktywnością komórkową obrony immunologicznej i użyciem specjalnych cytokin. U myszy były to interferon gamma i interleukina-2. Pierwsze jest białkiem produkowanym przez limfocyty Th1 i działa stymulująco na układ odpornościowy oraz antywirusowo. Interleukina-2 jest czynnikiem wzrostu dla limfocytów T.
Byłaby to zatem naturalna reakcja immunologiczna, która poradziłaby sobie z wirusem, nie wyrządzając dodatkowych szkód w tkance.
Związek aluminium zmienił dramatycznie tę reakcję immunologiczną i odwrócił ją w kierunku tzw. odpowiedzi Th1. Zamiast interferonu gamma i interleukiny-z uwolnione zostały interleukina-4 i interleukina-5. Obie te cytokiny wspomagają aktywność limfocytów B, potrzebnych do produkcji przeciwciał, oraz tworzenie tak zwanych eozynofilów kwasochłonnych. Te ostatnie odgrywają istotną rolę w obronie przed pasożytami. We wnętrzu mają pęcherzyki wypełnione toksycznym płynem, którym w razie zagrożenia spryskują pasożyty i w ten sposób je zwalczają. Ale eozynofile mogą też stanowić zagrożenie dla samego organizmu. Wiadomo, że odgrywają rolę w astmie, atakując tkankę płucną. W przypadku większości alergii ich liczba również jest podwyższona. W każdym razie ani jedne, ani drugie, jak pokazał przykład szczepionki RSV, nie nadają się jako „broń” układu immunologicznego do zwalczania infekcji wirusowej.
Zastanawiające jest, że aluminium jako substancja wzmacniająca działanie szczepionki wspomaga właśnie odpowiedź H12. Na tej podstawie można wysnuć podejrzenie, że szczepionki sprzyjają powstawaniu astmy i alergii. Widać tutaj także, jak w małym stopniu napakowane aluminium szczepionki nadają się do zwalczania infekcji wirusowych. Nasuwa się bowiem pytanie, czy po tego rodzaju interwencji układ odpornościowy w ogóle jest jeszcze w stanie powrócić do swojego naturalnego sposobu reagowania, czy też ta manipulacja w kierunku odpowiedzi H12 jest trwała. Oznaczałoby to bowiem, że również na późniejsze infekcje, które nie mają z tą szczepionką nic wspólnego, układ immunologiczny nie reaguje pra-widłowo.
I kto wie, być może na przykład w przypadku ospy wietrznej, kiedy dziecko jest od stóp do głów usiane krostami i gdzie do całkowitego wyleczenia potrzeba od dwóch do trzech tygodni, prawdziwa przyczyna leży w jednej z zaaplikowanych wcześniej szczepionek zawierających aluminium. Może także w tym wypadku układ odpornościowy został przestawiony w niewłaściwym kierunku? Jaki lekarz wpadłby na pomysł, że ten niezwykle drastyczny przebieg może być skutkiem podanej być może nawet kilka miesięcy wcześniej szczepionki sześcioskładnikowej? Przypuszczalnie żaden. Tym bardziej że obszar ten jest naukowo niemal niezbadany. Winę przypisuje się zatem w takim wypadku bez wątpliwości niedobremu, groźnemu wirusowi ospy wietrznej.
Gdyby więc liczba takich poważniejszych przebiegów ospy wietrznej wzrosła, dostarczyłoby to doskonałego argumentu na rzecz szczepienia przeciw ospie wietrznej. I dokładnie tak właśnie się stało. Wprowadzając ogólnie obowiązujące szczepienia niemowląt przeciw ospie wietrznej STIKO tak właśnie argumentowała: ospa wietrzna podobno wcale nie przebiega bez powikłań jak wcześniej uważano, coraz częściej przebieg choroby jest poważny, z koniecznością hospitalizacji włącznie. Tak więc jedna szczepionka daje podstawy do wprowadzania następnej, a zainteresowani eksperci od szczepień myślą przy tym jeszcze, że podejmują mądre i przewidujące decyzje na rzecz ochrony zdrowia.

87   M.K. Iwane et al., Population-based surveillance for hospitalizations associated with respiratory syncytial virus, influenza virus and parainfluenza viruses among young children, Pediatrics 2004, 113: s. 1758-1764.
88   B.R. Murphy, E.E. Wash, Formalin-inactivated respiratory syncytial virus vaccine induces antibodies to the fusion glycoprotein that are deficient in fusion-inhibiting activity, J Clin Mircrobiol 1988, 26: s. 1595—1597.
89   M.S. Habibi et al., Hot topics in the prevention of respiratory syncytial virus disease, Expert Review of Vaccines 2011,10 (3): s. 291-293.
90   H.W. Kim et al., Respiratory syncytial virus disease in infants despite prior administration of antigenic inactivated vaccine, Am J Epidemiol 1969.
91   A. Boelen et al., Both immunisation with a formalin-inactivated respiratory syncytial virus (RSV) vaccine and a mock antigen vaccine induce severe lung pathology and a Th2 cytokine profile in RSV-challenged mice, Vaccine 2001, 19: s. 982-991.

„Mały brudny sekret” immunologii

Substancje pomocnicze zawierające aluminium są stosowane w szczepionkach od ponad 80 lat. Paradoksalnie, mimo tak długiego czasu, dokładny mechanizm wspomagania działania szczepionki przez te substancje nie został jeszcze do końca poznany92 93 94.
Charles Janeway Jr., immunolog z Yale University w New Haven, nazwał w 1989 roku aluminium „dirty, little secret”, „małym brudnym sekretem” immunologii95.
Janeway przymierzył się też do zinterpretowania tego, na czym mógłby polegać ten sekret. Założył, że aluminium przypomina organizmowi cząsteczkowy wzór zarazków chorobotwórczych i to powoduje wzmocnienie reakcji immunologicznej organizmu. Pięć lat później kalifornijska immunolożka Polly Matzinger sformułowała konkurencyjną interpretację, prezentując „danger modeli”96.
Zgodnie z nim to nie wrodzone wzorce prowokują układ odpornościowy do reakcji z trwałą pamięcią immunologiczną, lecz sygnały zagrożenia pochodzące od komórek i całkiem namacalna śmierć komórkowa. Gdyby więc aluminium wzmacniało w ten sposób działanie szczepionki, byłoby faktycznie „dirty”. Model immunologiczny Matzinger został ostro skrytykowany przez wielu naukowców. Z dzisiejszej wiedzy na temat sposobu działania aluminium, która znalazła odzwierciedlenie w publikacjach z kilku ostatnich lat 97 98, wynika jednak, że tezy Matzinger są znacznie bliższe rzeczywistości niż teorie Janewaya.
Jako substancji pomocniczej czy też adiuwantu (łac. adjuvare, wspierać) w szczepionkach zaczęto używać aluminium w czasach, kiedy jeszcze niemal nic nie wiedziano o funkcjonowaniu układu odpornościowego, czyli w drugiej połowie lat dwudziestych XX wieku. W1931 roku Alexander Thomas Glenny opublikował wynalezienie połączonej z aluminium szczepionki przeciw błonicy.
Medyczną zagadką jest, jak w ogóle twórcy szczepionek wpadli na pomysł zastosowania niemal nieznanego wówczas aluminium. Nie znalazłem w archiwach żadnej próby wyjaśnienia. Wiadomo jedynie, że intensywnie poszukiwano substancji, która byłaby w stanie wywołać w doświadczeniu na zwierzętach produkcję jak największej ilości przeciwciał. „Najbardziej prawdopodobna jest rzeczywiście teza, według której sprawdzano substancje chemiczne w kolejności alfabetycznej” – przypuszcza specjalista od aluminium Chris Exley. Wiadomo, że aluminium jest w stanie zmotywować układ odpornościowy do wytwarzania przeciwciał. Wszystko inne jednak przez większość czasu skrywał mrok tajemnicy.
Mimo tak gigantycznego doświadczenia w stosowaniu soli aluminium mechanizmy ich działania do dziś nie zostały wystarczająco poznane. Na przykład dopiero w 2006 roku ukazała się przeglądowa praca szkockiego immunologa Jamesa M. Brewera o programowym tytule: (Jak) działają adiuwanty z aluminiumr99 Autor wyraża w niej zdziwienie, że mimo ponad 70-letniej historii stosowania aluminium tak mało wiemy o jego interakcjach fizyczno-chemicznych z antygenami pochodzącymi ze szczepionki i że do tej pory właściwie nie zbadano dokładnie biologicznego oddziaływania soli aluminium na organizm.
Na pewno wiadomo jedynie, że aluminium wzmacnia specyficzną odpowiedź immunologiczną skierowaną przeciw antygenom szczepionki. Działanie to opiera się na kilku mechanizmach. Po pierwsze, przez związanie antygenu przez substancję pomocniczą osiąga się wolniejsze uwalnianie, a tym samym efekt gromadzenia. Dzięki temu więcej komórek układu odpornościowego styka się z substancją czynną i następuje lepsza odpowiedź immunologiczna z lepszym rozkładem na makrofagi, komórki dendrytyczne i limfocyty.
Jednym z najważniejszych wymogów stawianych substancji pomocniczej jest to, by wzmacniała odpowiedź immunologiczną na substancje czynne zawarte w szczepionce, nie wywołując jednocześnie własnej reakcji immunologicznej skierowanej przeciw sobie samej. Adiuwanty po wykonanej robocie powinny zostać rozłożone i usunięte przez organizm bez żadnych negatywnych skutków. Tyle teoria.
Niemal wszystkie stosowane adiuwanty to sole nieorganiczne, które są trudno rozpuszczalne, w związku z czym powoli oddają połączone z nimi antygeny. Do obrotu dopuszczono tutaj przede wszystkim sole aluminium, czyli fosforan glinu i wodorotlenek glinu.
Zaletą soli aluminium jest to, że w ramach reakcji immunologicznej powodują one zwiększoną produkcję przeciwciał. To znaczy, że uaktywniają raczej reakcję Th2 układu immunologicznego. Obronę komórkową (reakcję Th1) stymulują natomiast w niewielkim stopniu.
Żywe szczepionki zawierające osłabione wirusy, na przykład szczepionki przeciw ospie prawdziwej czy ospie wietrznej, nie potrzebują adiuwantów, ponieważ posiadają jeszcze dostatecznie dużo pierwotnej struktury, by system wrodzonej obrony immunologicznej potraktował je jako intruzów. Działają zatem jak własne adiuwanty. Również całe, uśmiercone bakterie najczęściej nie potrzebują do wywołania odpowiedniej odpowiedzi immunologicznej żadnej substancji pomocniczej, ale części bakterii czy określone białka powierzchniowe – tak. Najwyraźniej antygeny nie są dla układu odpornościowego dość „groźne”, by na nie zareagował. Dopiero stan zapalny wywołany przez sole aluminium w miejscu wkłucia stawia układ odpornościowy w stan gotowości. Ponieważ jednak sole nie-organiczne jako „istoty nieżywe” są przez układ odpornościowy ignorowane, znalezione w tym miejscu antygeny zostają wzięte za przyczynę nieszczęścia, schwycone przez komórki dendrytyczne i odprowadzone do węzłów chłonnych. Używając potocznego sfor-mułowania, można by powiedzieć, że aluminium świętuje pojmanie podejrzanego, którego demaskuje jako groźnego podpalacza, a który w rzeczywistości jest policjantem biorącym udział w obronie immunologicznej organizmu.
Dla układu odpornościowego agresywne związki metali są zjawiskiem obcym. Ponieważ w miejscu wkłucia powodują one ogromny chaos, masowo uszkadzają i uśmiercają komórki, konieczne jest natychmiastowe działanie. Tym bardziej że komórki, walcząc na śmierć i życie, uwalniają substancje alarmowe, wołając o pomoc. Jest wśród nich kwas moczowy, jedna z najważniejszych substancji sygnałowych, wydzielanych podczas nagłej śmierci komórkowej. Komórki nie potrafią jednak przekazać informacji na temat rodzaju zagrożenia. Jest to alarm uogólniony. Niebezpieczeństwo może pochodzić zewsząd.
Dopiero ta sztuczka, ów „dirty little secret” immunologii, pozwala zmusić układ odpornościowy do poważnego potraktowania antygenów zawartych w szczepionce. Tak jak jednostka specjalna policji wezwana do zamachu zatrzyma wszystkie osoby znajdujące się w pobliżu miejsca przestępstwa, tak i dla układu immunologicznego podejrzana jest każda obca cząsteczka. Sam związek aluminium, który spowodował te szkody, jest jednak w większości przypadków ignorowany. Dla układu odpornościowego, ćwiczącego od miliardów lat swoje wzorce, jest to niezapisana karta. Te kilkadziesiąt lat, od kiedy aluminium w większych ilościach występuje w naszym otoczeniu, nie wystarczy, by w ewolucyjnej pamięci układu odpornościowego pozostał po nim ślad. Na temat aluminium układ odpornościowy nie ma żadnych informacji i dlatego w większości przypadków nie uznaje aluminium za sprawcę.
Immunolodzy i specjaliści od szczepień uważają tę właściwość aluminium za genialną. Mogą je bowiem stosować jako tajnego agenta, z którego pomocą można przemycić do organizmu wszelkie możliwe substancje. Z pomocą aluminium da się zmanipulować układ odpornościowy w każdą stronę i wywołać agresywną reakcję wobec niemal każdej substancji. Wszystko zależy tylko od tego, z czym aluminium zostanie połączone.
Zjawisko to wykorzystuje się nawet w doświadczeniach na zwierzętach do wywołania określonych chorób, na przykład u myszy alergii na pyłki kwiatów. Następnie podejmuje się próbę wyleczenia zwierząt, u których sztucznie wywołano chorobę.
To samo dotyczy doświadczalnego wywoływania astmy u myszy. Standardowa procedura przewiduje użycie owalbuminy, najczęściej występującego białka jaja kurzego, w roli antygenu i połączenie jej z wodorotlenkiem glinu pełniącym rolę adiuwantu. Wstrzyknięcie tej mieszanki myszom doświadczalnym nieuchronnie prowadzi do wystąpienia astmopodobnych ataków. Objawia się to stanami zapalnymi dróg oddechowych i płuc. Stwierdzony w badaniu wysoki poziom przeciwciał przeciw alergenom oraz znaczący wzrost wywołujących stan zapalny cytokin w dużym stopniu odpowiadają wzorcowi przebiegu astmy u ludzi. W tym względzie model myszy uznawany jest za pewny i naukowcy próbują teraz za pomocą najróżniejszych środków doprowadzić do wyzdrowienia myszy albo przynajmniej złagodzić u nich objawy, mając nadzieję, że kiedyś uda się znaleźć odpowiedni lek na astmę u ludzi.
To, że do takiej alergizacji może dojść również mimowolnie, stanowi jedną z wielu wad zastosowania aluminium w szczepionkach, ponieważ również tu można znaleźć często pozostałości procesu wytwarzania, których oddziaływanie na układ odpornościowy również jest wzmacniane przez aluminium. Mogą to być resztki kultury drożdży, w których zarazek uległ namnożeniu, albo określone białka. Gdy teraz — z pożywieniem albo przez drogi oddechowe – trafią do organizmu niegroźne cząsteczki, które wprowadzają niepokój wśród czekających w gotowości przeciwciał, ponieważ przypominają im o pozostałościach szczepionki, układ odpornościowy zaczyna te niegroźne cząsteczki atakować. Problem polega jednak na tym, że komórki układu immunologicznego nie biorą sobie za cel poszczególnych białek – na przykład pyłków kwiatów brzozy – lecz atakują cały obszar, bombardując go wywołującymi stan zapalny cytokinami, w których znalezione zostały te podejrzane obce ciała. Chory odczuwa to jako rzut astmy czy atopowego zapalenia skóry albo jako jedną z wielu kolejnych postaci procesów alergicznych.
Istnieją na ten temat niepokojące obserwacje, wychodzące poza względnie proste wzorce reakcji alergicznej, których mechanizm powstania nie jest dziś do końca zrozumiały. Z badań wiemy, że pacjenci cierpiący na ciężkie schorzenie jelit, znane pod nazwą cho-roby Leśniowskiego-Crohna, uderzająco często mają przeciwciała przeciw grzybowi o nazwie Saccharomyces cerevisiae, bardziej znane-mu pod nazwą drożdży piekarskich.
Drożdże piekarskie natomiast doskonale się nadają na podstawowy moduł fabryki biotechnologicznej. Jeśli bowiem podsuniemy drożdżom piekarskim dodatkowe informacje genetyczne, grzyby zaczną produkować cząsteczki według podanej instrukcji. W ten sposób drożdże stały się jedną z najważniejszych substancji podstawowych w gwałtownie rozwijającym się przemyśle biotechnologicznym.
Coraz więcej szczepionek produkuje się przy użyciu technologii genetycznych. Ich prekursorem była szczepionka przeciw wiruso-wemu zapaleniu wątroby typu B amerykańskiej firmy Merck, która weszła na rynek w 1999 roku pod handlową nazwą Recombivax HB.
W sporządzonej przez amerykański urząd do spraw zdrowia FDA informacji o produkcie Recombivax HB100 znajdziemy następujący akapit:

Cytuj

„Część genu wirusa zapalenia wątroby typu B, która zawiera instrukcję budowy antygenu powierzchniowego wirusowego zapale-nia wątroby typu B, zostaje wprowadzona do drożdży i szczepionka przeciw wirusowemu zapaleniu wątroby typu B jest produkowana z użyciem kultur tych genetycznie zmienionych drożdży. Antygen zostaje zebrany i oczyszczony z resztek kultur fermentacyjnych zmodyfikowanej linii komórkowej drożdży Saccharomyces cerevisiae.
Związki aluminium wykorzystuje się w produkcji tej szczepionki dwojako. Stosuje się mianowicie siarczan aluminiowo-potasowy do związania uśmierconych przez toksyczny formaldehyd antygenów wirusowego zapalenia wątroby i wytrącenia ich z roztworu. Wreszcie, do tak wyprodukowanego surowca dodaje się jeszcze AAHS (amorphous aluminium hydroxyphosphate sulfate) jako substancję wzmacniającą działanie”.

AAHS to opracowana przez naukowców firmy Merck wzmocniona forma stosowanego do tej pory jako adiuwant wodorotlenku glinu.
Na marginesie należy jeszcze wspomnieć, że nie istnieją przepisy zmuszające do zbadania nowych substancji chemicznych za pomo-cą własnych testów bezpieczeństwa pod kątem ich oddziaływania na zdrowie szczepionych osób i długofalowe skutki dla układu od-pornościowego. Podczas gdy w przypadku każdego innego nowego leku wprowadzanego na rynek odpowiedzialne instytucje żądają przeprowadzenia rygorystycznych testów bezpieczeństwa, w odniesieniu do szczepionek obowiązuje dla związków aluminium glejt in blanco. Najwyraźniej uznano, że każdy związek aluminium z zasady jest równie bezpieczny jak pozostałe związki i że kilkadziesiąt lat jego stosowania stanowi z definicji gwarancję bezpieczeństwa. Oczywiście, Merck przeprowadził badania i doświadczenia na zwierzętach w celu stwierdzenia przydatności AAHS jako substancji wzmacniającej działanie szczepionki. Ale takie badania mają status tajnych i nie są oficjalnie publikowane. Nowo opracowany AAHS został poddany testom od razu z Recombivaxem HB w ramach badań rejestracyjnych i następnie wprowadzony na rynek. Jednak zacytowane z oficjalnego raportu oczyszczenie wytworzonego w laboratorium genetycznym antygenu nie było całkowite. W dokumencie FDA czytamy „Szczepionka może zawierać do i procenta białek grzybów”.
Niewiele wiemy o tym, jak przeciwciała reagują na białka grzy-bów w organizmie, ale wyniki badań nie napawają optymizmem. Opublikowane w 2007 roku badania101 z udziałem 117 osób cier-piących od dłuższego czasu na chorobę Leśniowskiego-Crohna wy-kazały u 73 procent uczestników przeciwciała przeciw drożdżom piekarskim. U zdrowych osób z grupy kontrolnej takie przeciwciała stwierdzono jedynie w pojedynczych przypadkach102. Uderzające jest podobieństwo do wysokiego poziomu przeciwciał z uszkodze-niem genu odgrywającego istotną rolę w opanowaniu infekcji je-lita. W obu przypadkach pacjenci, których to dotyczy, są młodzi, choroba przebiega ciężej, przewężenia oraz przełomy jelit są częstsze i odpowiednio częściej zachodzi też konieczność przeprowadzenia zabiegu operacyjnego.
Autorzy tych badań to zespół ekspertów od przewlekłych chorób zapalnych jelit z uniwersytetu im. Johna Hopkinsa w Baltimore w amerykańskim stanie Maryland. W całych badaniach nie pada ani jedno słowo na temat ewentualnych przyczyn powstawania tak niezwykłych przeciwciał przeciw drożdżom piekarskim. Naukowcy kończą raport zaleceniem dla swoich kolegów po fachu:

Cytuj

„Pomiary poziomu przeciwciał mogą okazać się przydatne do oceny ryzyka pacjentów przez zaaplikowanie pacjentom z wyższym poziomem bardziej agresywnej terapii przeciwzapalnej”.

Podczas gdy jedni naukowcy celowo stosują aluminium do wywołania chorób u zwierząt podczas testowania nowych terapii, to w ramach „zwykłego” stosowania aluminium w szczepionkach nikt nawet nie dyskutuje o tym, jakie może to nieść ze sobą konsekwencje.
Przeciwieństwo neutralności
W nauce niepowstrzymanie rozpowszechnia się tendencja do specjalizacji. Dziś nie ma już zwyczaju, by rozglądać się wokół i we własnych rozważaniach uwzględniać zdobycze innych dziedzin wiedzy. Cytowani badacze z uniwersytetu Johna Hopkinsa są dumni ze swojego odkrycia, które umożliwia szpitalom wcześniejsze zastosowanie agresywnych terapii. Cieszy się z tego także przemysł farmaceutyczny, ponieważ leki zwalczające objawy chorób immunologicznych zaliczają się obecnie do najdroższych specyfików i przynoszą miliardowe zyski ze sprzedaży. Każdy prowadzi badania we własnym zakresie — porównywanie wyników srało się niemodne, nie wspiera się tego ani podczas studiów na uniwersytecie, ani potem w pracy.
I tak oto giną także pojedyncze krytyczne stwierdzenia, na przy-kład badaczy, którzy nie uważają za słuszne stosowania zawierają-cych aluminium adiuwantów do wywoływania modelowych cho-rób w doświadczeniach na zwierzętach. I to dlatego, że zawsze się wtedy okazuje, iż aluminium nie jest tak neutralne, jak dotychczas sądzono. Adiuwant sam w sobie nie powinien przecież wykazywać żadnego własnego działania, lecz jedynie wzmacniać wpływ użytego antygenu na układ odpornościowy.
U naukowców, którzy zajmują się tego rodzaju badaniami podstawowymi, coraz powszechniejsza jest jednak opinia, zgodnie z którą aluminium powoduje w organizmie całą masę skutków i dlatego na przykład zafałszowuje idealny obraz jednoznacznej astmy u zwierząt laboratoryjnych.
Zwykle astma o podłożu alergicznym, a także katar sienny i ana- filaksje — ciężkie stany podrażnienia układu odpornościowego — są wywoływane przez komórki tuczne (mastocyty). Te komórki układu immunologicznego występują w całym organizmie, przede wszystkim w błonach śluzowych. Posiadają one receptory wiążące przeciwciała. Gdy organizm zetknie się z alergenem, za pierwszym razem nie dzieje się przeważnie nic. Masowo wyprodukowane w reakcji przeciwciała umiejscawiają się między innymi na komórkach tucznych. Dolną częścią przywierają do ich powierzchni, a wideł- kowate ramiona wysuwają do góry, sprawdzając, czy pojawią się znowu te same alergeny. Jeśli tak się stanie, przeciwciała natychmiast nawiązują kontakt i łączą się oboma wolnymi końcami z alergenem. Poprzez połączenie z komórką tuczną przekazują sygnały dalej. W reakcji na komórki zaczynają wydzielać zmagazynowane w pęcherzykach cytokiny. Najbardziej znaną z nich jest histamina, odgrywająca istotną rolę w obronie przed substancjami obcymi dla ciała i w zwalczaniu stanów zapalnych oraz oparzeń. Słynne są jej działania uboczne: histamina może u pacjenta wywołać gwałtowne swędzenie, skurcze mięśni, bóle, stany zapalne skóry i napady astmy.

Cytuj

„Wodorotlenek glinu — czytamy w raporcie z badań103 przepro-wadzonych przez grupę roboczą Holgera Garna, kierownika Działu
Chemii Klinicznej i Diagnostyki Molekularnej na Wydziale Me-dycznym uniwersytetu w Marburgu – wywołuje niezależne od ko-mórek tucznych alergiczne stany zapalne”.

Dlatego stanowi czynnik zakłócający badania nad komórkami tucznymi. Poza tym aluminium jest substancją zaangażowaną w wiele innych mechanizmów, które mogą negatywnie wpłynąć na strategie terapeutyczne.
W badaniach na zwierzętach mówi się zatem jasno to, co przez większość ekspertów od szczepień jest przemilczane lub wręcz przekłamywane. Ciekawy jest jeszcze jeden szczegół z badań Garna. W doświadczeniu zmierzającym do wywołania u myszy astmy bez zastosowania aluminium okazało się bowiem, że podanie alergenu zarówno przez drogi oddechowe, jak i przez układ pokarmowy nie przynosi efektu.

Cytuj

„W większości wypadków spowodowało jedynie słabe uczulenie albo nie powodowało żadnego”.

Wręcz przeciwnie: zwierzęta zwykle uzyskiwały trwałą tolerancję na białko jaja kurzego. Wygląda to jednak zupełnie inaczej, gdy alergen zostaje wstrzyknięty:

Cytuj

„Powoduje trwałe, silne uczulenie”.

Uważam tę konstatację za o tyle godną uwagi, że eksperci od szczepień, przytaczając argumenty na temat nieszkodliwości szcze-pionek, zawsze zachowują się tak, jakby im było wszystko jedno, czy jakaś substancja jest wstrzykiwana, czy podawana wraz z poży-wieniem. Szczególnie w odniesieniu do aluminium przytaczane są wciąż na nowo argumenty, jakoby aluminium było zawarte także w żywności, a więc te kilka miligramów aluminium w szczepionce jest zupełnie bez znaczenia.
Jako jeden z niezliczonych przykładów można tu przytoczyć ak-tualną debatę, jaka odbyła się w Kanadzie104. Chris Shaw, profesor oftalmologii na uniwersytecie British Columbia w Vancouverze i jego współpracowniczka Lucija Tomljenovic, w wywiadzie ostro skrytykowali użycie zawierających aluminium adiuwantów w szczepionkach dla dzieci.

Cytuj

,Aluminium to bez wątpienia trucizna dla nerwów — oświadczył Shaw. — I nawet jeśli w szczepionkach są jej minimalne ilości, to te niewielkie ilości mogą mieć dramatyczne skutki dla układu odpornościowego”.

Jako oficjalna obrończyni szczepionek wystąpiła Meena Dawar, lekarz, przewodnicząca kanadyjskiego urzędu do spraw zdrowia.

Cytuj

„Co dzień szczepionki ratują życie wielu osób” — zaczęła od zwy-czajowej mantry. Zapytana przez reporterów o aluminium w szcze-pionkach odpowiedziała: „Możemy zapewnić wszystkich, że alu-minium jest bezpieczne i to dzięki aluminium szczepionki działają tak skutecznie”.

Ilość aluminium, z jaką styka się niemowlę podczas szczepień, to podobno taka sama ilość, jaką dziecko wchłania co-dziennie z mlekiem matki lub pokarmem z butelki. „To jest kropla na rozżarzonej skale, zupełnie nieistotna i wydalana w ciągu bardzo krótkiego czasu”.
Lucija Tomljenowic gwałtownie zaprotestowała przeciw tej wypowiedzi.

Cytuj

„Tego w ogóle nie da się porównać — oświadczyła. – W układzie pokarmowym pozostaje tylko bardzo niewielka ilość aluminium pochodzącego z pokarmu, w przypadku szczepionek sytuacja wygląda zupełnie inaczej: organizm wchłania niemal 100 procent aluminium, ponieważ układ pokarmowy, przez który odbywa się wydalanie, jest przy szczepieniach pomijany”.

Wstrzykiwane aluminium jest z tego powodu wielokrotnie bardziej toksyczne niż aluminium przyjmowane z pokarmem.
Czysta toksyczność aluminium i jego niszczycielskie oddziaływa-nie na komórki organizmu i układy narządów to jeszcze nie wszyst-ko. Jak widzieliśmy w niemieckich badaniach, wpływ aluminium na układ immunologiczny jest diametralnie różny, zależnie od tego, czy coś zostało zjedzone, czy wstrzyknięte.

W królestwie szczepionkowych talibów

W niemal każdym oficjalnym urzędowym komunikacie dotyczącym aluminium znajdziemy na wstępie stwierdzenie, że aluminium jest integralnym składnikiem środowiska naturalnego oraz że stanowi najczęściej występujący metal w skorupie ziemskiej i podstawowy składnik tak niegroźnych i powszechnych materiałów, jak glina, szuter czy ił. Po takim wprowadzeniu następuje brzmiąca logicznie konsekwencja tej wszechobecności, a mianowicie, że aluminium w najrozmaitszych stężeniach występuje w żywności oraz w żywych organizmach. To stwierdzenie jest traktowane jako sformułowany z góry glejt dla mniej przyjemnych stron chemicznego oddziaływania aluminium oraz wielu znaków zapytania dotyczących biochemicznej aktywności tego pierwiastka w żywym organizmie. Powstaje więc wrażenie, że aluminium jest częścią życia i nawet gdybyśmy bardzo chcieli, i tak nie moglibyśmy uniknąć z nim kontaktu; było bowiem zawsze i zawsze będzie.
Po tym fatalistycznym wprowadzeniu, które – jak widzieliśmy już w rozdziale I – opiera się na fałszywych przesłankach, autorzy prze-chodzą do konkretnej oceny ryzyka. Jako jeden z wielu podobnie brzmiących przykładów chciałbym tu zacytować dokument Euro-pejskiego Urzędu do spraw Zdrowia (EMA), a mianowicie ewalua- cję czterech związków aluminium105 z punktu widzenia medycyny weterynaryjnej. Pierwsze punkty raportu są poświęcone wspomnia-nemu wyżej założeniu. Potem zostają opisane rozmaite rodzaje aluminium, produkty medyczne, które je zawierają, oraz typowe mechanizmy uczestnictwa aluminium w przemianie materii i jego ponownego wydalania. Cytuje się w tym celu badania laboratoryjne przeprowadzane na ssakach, a także na ludziach. Niewiele jednak wiadomo o tym, jak zachowuje się w organizmie aluminium, które jest z niego potem wydalane. Mimo masowego stosowania alumi-nium jego toksyczne właściwości stanowią naukową próżnię.
W punkcie 6 dokumentu EMA napisano dosłownie:

Cytuj

„Na temat toksyczności wodorotlenku glinu nie ma prawie żadnych infor-macji, ani w odniesieniu do zwierząt doświadczalnych, ani domowych”.

Myli się jednak ten, kto sądzi, że eksperci Europejskiego Urzędu do spraw Zdrowia wezwą do jak najszybszego wypełnienia tej naukowej luki. W przypadku aluminium panuje uderzający lęk przed kontaktem – wszędzie da się wyczuć, że lepiej się w to dalej nie wgłębiać.
I właśnie w punkcie 7 dokumentu EMA widnieje owo skompli-kowanie pod względem treści zdanie, znamienne dla stosunku urzędów do aluminium. Zacytuję je w całości:

Cytuj

„Choć nie istniały żadne badania na temat ostrej toksyczności, toksyczności przy powtarzającym się stosowaniu, toksycznego wpływu na rozród – ani w odniesieniu do płodu, ani embrionu – jak również żadne badania na temat tolerancji aluminium u szczególnych gatunków, to nie uznano za konieczne wykonania takich badań, ponieważ aluminium i jego sole mogą się wykazać długą historią bezpiecznego stosowania, zarówno w medycynie ludzkiej, jak i weterynaryjnej”.

Pozostaje pytanie, na czym opiera się to twierdzenie o bezpiecz-nym stosowaniu aluminium, skoro rzekomo nie są dostępne żadne badania na ten temat. Wszystko na słowo? W nadziei, że nic się nie stanie? A może w związku z prostą obserwacją, że faktycznie jedy-nie nieliczne zaszczepione dzieci po szczepieniu ciężko zachorowały lub zmarły? Nie zbadano porządnie tego, co na dłuższą metę dzieje się w organizmie po zaszczepieniu, i nie wygląda na to, żeby się to w bliskiej przyszłości miało zmienić.
To, że jest tak mało badań na temat bezpieczeństwa związków aluminium, wiąże się również z tym, że prace takie niezwykle rzad-ko otrzymują wsparcie finansowe lub chociażby tylko koncepcyjne. Wręcz przeciwnie. Latem 2011 roku zaprzyjaźniona pani naukowiec pokazała mi pismo, jakie otrzymał jeden z jej kolegów, wyrażające stanowisko renomowanego czasopisma. Kolega ten zajmował się toksycznością adiuwantów w szczepionkach i pełen nadziei wysłał gotową pracę do odpowiedniego czasopisma.

Po kilku tygodniach otrzymał od redaktora następującą odpowiedź: „The article was not accepted under the criteria that it opens doubts regarding vaccines safety and it is inadmissible”.
Artykuł nie został więc zaakceptowany dlatego, że

Cytuj

„formułuje zastrzeżenia dotyczące bezpieczeństwa szczepionek, a to jest niedopuszczalne”.

O tym, że wiele czasopism kieruje się tą dewizą, wiedzą wszyscy, którzy nieco bardziej krytycznie podchodzą do tego tematu. Rzadko się jednak zdarza, że to zdanie jest formułowane tak jasno i wyraźnie.
Przez te wszystkie lata, jakie przepracowałem w publicystyce medycznej, nieraz śmiałem się z gorliwie celebrowanej wrogości i rywalizacji między grupą zawodową prawników i lekarzy. Jednak równie często pomagało mi rozpatrywanie procedur medycznych z prawniczego punktu widzenia i równie często podzielałem w tym względzie stanowiska specjalistów od prawa. Procedury te mają bowiem często coś wspólnego ze sprawiedliwością i logicznym myśleniem, podczas gdy lekarze najczęściej powołują się na swój status i bronią tradycyj¬nej wiedzy.
Całkiem nieźle opisano ten konflikt w pewnym starym dowcipie, w którym profesor prawa żąda od swojego studenta, by nauczył się książki telefonicznej. Student pyta, na co mu się to przyda i jaki jest cel takiego zadania. Student medycyny natomiast na to samo pole-cenie reaguje pytaniem: „na kiedy?„.
To zadziwiające, do jakich efektów dochodzą naukowcy spoza wą¬skiego kręgu „ekspertów od szczepionek„, gdy zdarzy im się wyjątkowo popracować w tym obszarze. I najczęściej przerażające jest to, w jaki sposób reaguje szczepionkowa sitwa, która od dziesięcioleci trzęsie całym tym biznesem, dzieląc między siebie intratne posady i kontrakty.
Takim przykładem jest przypadek monachijskiego specjalisty od prawa medycznego Randolpha Penninga. Zgłosił on do Instytutu im. Paula Ehrlicha trzy przypadki niemowląt, które zmarły krótko po podaniu im szczepionki sześcioskładnikowej Hexavac, podejrze-wając, że może tu chodzić o niepożądane reakcje na lek. Sprawa stała się publiczna, wszczęto dochodzenie, nieco później Hexavac został wycofany z rynku (rzekomo niezależnie od tych badań). I ko-niec sprawy.
Prawdziwym skandalem jednak były działania przebiegające w tle. Profesor Penning powiedział mi, że w całym swoim życiu nie miał jeszcze nigdy do czynienia z takim wylewaniem pomyj. Eksperci od szczepień przedstawiali go jako człowieka niespełna rozumu, niema- jącego pojęcia o swojej profesji, tylko dlatego, że zrobił coś, co samo w sobie było oczywiste: zgłosił przypadki podejrzeń ewentualnych szkód wywołanych przez szczepienia.
Podobny los spotkał Kanadyjkę Anitę Kozyrskyj, profesor ochrony zdrowia na uniwersytecie Manitoba w amerykańskim stanie Win- nipeg. Stworzyła ona duży projekt badawczy, w którego centrum znalazła się armia 14 000 dzieci, barwna mieszanina ze wszystkich warstw społecznych. Jedyną ich wspólną cechą był rok urodzenia: 1995. Dzieci były wzywane w regularnych odstępach czasu, badane, a uzyskane dane wykorzystywano do badań nad zdrowiem dzieci.
Kozyrskyj wraz ze swym zespołem opublikowała już serię prac po-święconych rozmaitym problemom. Teraz razem ze współpracownikami badała związek między czasem szczepienia a występowaniem astmy. Okazało się, że dzieci, u których terminy szczepień w pierwszym roku życia zostały – niezależnie od przyczyny — przesunięte na później, wykazywały znacznie mniejsze ryzyko zachorowania na astmę.
I znowu rozległ się krzyk. Kozyrskyj, która dotychczas nie publi-kowała niczego na temat szczepionek, nagle znalazła się pod silnym ostrzałem.
Dopóki sprawa szczepień będzie naukowym polem minowym, gdzie każdy intruz, który wtargnie do rewiru pod nazwą vaccino- logy, jest ścigany, i to najczęściej nie na płaszczyźnie zawodowej, lecz prywatnej, dopóty będę popierał wszelkie ingerencje w ten obszar ze strony innych dziedzin nauki. Niebezpiecznie jest pozostawiać tak ważny obszar nauki wąskiej grupie fanatyków i sekciarzy.
Szczególnym egzemplarzem z tego gatunku jest Paul Offit, kreujący się w USA na ostrze oszczepu w dziedzinie vaccinology. Krytyczna wobec szczepień dziennikarka, która była z nim umówiona na wywiad, opowiedziała mi, że Offit wraz ze swoim zespołem wyszedł po nią do windy i dość obcesowo zabrał od niej statyw i oświetlenie. Następnie wziął ją na bok i bez skrępowania zapytał, czy potrzebuje pieniędzy. Mógłby jej bowiem pomóc w znalezieniu zleceń, na których „naprawdę można zarobić”. Kiedy grzecznie odmówiła, natychmiast skończyła się uprzejmość i Offit pokazał swoją prawdziwą twarz: bulteriera na szczepiennym froncie, wściekle kąsającego wszystkich, którzy kwestionują jego świętą dziedzinę.

Ręka, która karmi…

Urzędy są za bardzo emocjonalnie, profesjonalnie, a także finansowo uzależnione od producentów szczepionek. Niemal we wszystkich uprzemysłowionych krajach Zachodu przyjął się fatalny zwyczaj pokrywania przez przemysł farmaceutyczny dużej części budżetu instytucji nadzoru i rejestracji leków. Dotyczy to zarówno Europej¬skiej Agencji Leków (EMA), jak i amerykańskiej Food and Drug Administration (FDA) i większości urzędów krajowych. Rozmawia¬jąc na przykład w Austrii z sekretarzem generalnym przemysłu far¬maceutycznego na temat krajowego urzędu do spraw leków odnosi się wrażenie, że rozmowa dotyczy jego podwładnych. Ponoć ten po¬tężny aparat jest nieefektywny, rejestracje trwają zbyt długo i dochodzą jeszcze do tego uciążliwe szykany utrudniające życie członkom organizacji przemysłu farmaceutycznego. Kiedy w rozmowie z menedżerem farmaceutycznym opowiedziałem o pomyśle zgłoszonym przez jednego z czołowych urzędników nadzoru farmaceutycznego, by określoną część przychodów z leków przeznaczać na prowadzenie niezależnych badań nad bezpieczeństwem i zasadnością zastosowania leków budzących kontrowersje, żarty się skończyły, a menedżer wpadł w szał. Zasugerował, że gdyby faktycznie pomysł ten doczekał się realizacji, nie skończyłoby się na czczych pogróżkach, lecz „zrobiłoby się poważnie i zakręcilibyśmy kurek z pieniędzmi”.
Z drugiej strony widać było, jak szef rynkowego nadzoru far-maceutycznego ostrożnie waży wszystkie słowa, aby tylko uniknąć sprowokowania jakiegokolwiek konfliktu. Zanim jego wywiady dla mediów drukowanych zostaną ostatecznie zatwierdzone, trzy razy przechodzą przez korektę. Jeśli chodzi o wywiady dla telewizji, moż¬na odnieść wrażenie, że przed kamerą stoi absolwent akademii dy¬plomatów – tak gładkie są jego wypowiedzi, tak niezobowiązujące postulaty.
Nie sposób nie zauważyć, jak bardzo — mimo zapewniania o włas¬nej niezależności – działa świadomość, że tam, „po drugiej stronie”, ktoś co miesiąc przelewa pieniądze. Kto płaci, ten decyduje. Gra idzie oczywiście również o własną karierę.
Co może się zdarzyć, gdy stróżujący pies zaczyna głośno ujadać, gdy stosuje się wybiegi i sztuczki i mimo wszelkich zakusów ze strony świata polityki związanej z ochroną zdrowia i tych, którzy pociągają za sznurki przemysłu farmaceutycznego, ktoś nie pozwala sobie założyć kagańca — zobaczyliśmy na przykładzie Petera Sawickiego, który w latach 2004-2010 kierował kolońskim Instytutem Jakości i Ekonomii (IQWiG). Zabierając głos publicznie, Sawicki zawsze mówił otwarcie. Wykazywał systemowe wady i piętnował nadużycia. Szczególnie za skórę zaleźli mu pewni
„wynajęci krzykacze” we władzach niektórych instytutów na uniwersytetach, którzy bez żenady uprawiali reklamę określonych leków i sprzedawali swoją wiedzę tym, którzy płacili najwięcej.
W swoich ekspertyzach IQWiG często uzyskiwała wyniki, które bardzo złościły przemysł. Szczególnie grupie diuretyków – najstarszym i najtańszym na rynku specyfikom obniżającym ciśnienie krwi — kolońscy eksperci od medycyny opartej na dowodach przypisywali na przykład wyższą skuteczność niż wyraźnie droższym nowym lekom. Kontrolerzy IQWiG zakwestionowali celowość niektórych procedur diagnostycznych w przypadku nowotworów, mocno skrytykowali największy na świecie koncern farmaceutyczny Pfizer za to, że trzymał pod kluczem wyniki badań nad antydepresantami, i wysunęli podejrzenie, że nowa, stosowana przez pół miliona niemieckich cukrzyków syntetyczna insulina zawiera rakotwórczą substancję czynną. Wyniki te natychmiast znalazły odzwierciedlenie w praktyce, gdyż zleceniodawcą IQWiG jest „Wspólna Komisja Federalna”, najwyższy organ samorządowy niemieckiej służby zdrowia, decydujący między innymi o tym, za co kasy chorych płacą, a za co nie.
Peter Sawicki podał te informacje do wiadomości publicznej w ty-powym dla siebie suchym stylu. Dla swych zwolenników szef insty-tutu kontroli leków stał się czymś w rodzaju Robin Hooda pacjentów kas chorych, dla przeciwników – uosobieniem krytyka, który za cel życia obrał sobie zniesławienie przemysłu farmaceutycznego.
Opinia ta dotarła aż do Stanów Zjednoczonych. Tam Związek Przemysłu Farmaceutycznego (PhRMA) zażądał wręcz, by wpisać Niemcy na międzynarodową listę oszustów „Priority Watch List”, ponieważ IQWiG mocno szkodzi interesom amerykańskiego przemysłu farmaceutycznego. Aż 13 razy wymieniono IQWiG w tak zwanym Interna¬tional Intellectual Property Protection and Enforcement Act of 2008, zajmującym się międzynarodowym zabezpieczeniem interesów ame¬rykańskiego przemysłu farmaceutycznego. To, co napisze PhRMA, jest uważane za rekomendację dla biura amerykańskich przedstawi¬cielstw handlowych, tworzącego następnie oficjalną Watch List. Ten piękny zwyczaj kultywowany jest od 1974 roku w celu międzynaro-dowej ochrony własności intelektualnej amerykańskiego biznesu. Do realizacji posłużyła ustawa, jeszcze raz rozszerzona i zaostrzona przez odchodzącego prezydenta George’a W. Busha: stworzył on Interna¬tional Intellectual Property Protection and Enforcement Act of 2008. Ustawa ta zezwalała globalnemu superglinie, czyli USA, dochodzić na całym świecie roszczeń z tytułu kradzieży lub zagrożenia własności in¬telektualnej. Zadaniem polityków miało być więc stworzenie planów narzucających państwom umieszczonym na Priority Watch List od¬powiednie postępowanie w celu likwidacji niedociągnięć. Jednocześ¬nie ustawa upoważnia USA do zastosowania sankcji wobec krajów, które nie wprowadzą poprawek zgodnie z instrukcją.
W marcu 2009 roku administracja prezydenta Obamy postano-wiła wbrew wnioskowi PhRMA oficjalnie wpisać Niemcy na ową Priority Watch List. Za kulisami trwała jednak walka — z osobistych źródeł wiem, że przedstawiciele Waszyngtonu dotarli do najwyż-szych polityków berlińskich z kanclerz Angelą Merkel na czele i że niemiecki rząd został poddany ogromnej presji ze strony amery-kańskich wysłanników, żądających, by wprowadzić zmiany zgodnie z życzeniem PhRMA, przede wszystkim w IQWiG.
O tym, że po stronie niemieckiej nie pozostało to bez reakcji, świadczy zachowanie niemieckich ministrów gospodarki, którzy na wspólnej konferencji 18-19 czerwca w Poczdamie dyskutowali między innymi o „Ocenie kosztów i korzyści z leków”. Jednym z sygnatariuszy dokumentów końcowych był Philipp Rósler, późniejszy minister zdrowia i przewodniczący FDP, pełniący w tym czasie funkcję ministra gospodarki Dolnej Saksonii.
Zbyt daleko idącym posunięciem byłoby teraz przytoczenie tego upokarzającego dokumentu w szczegółach106. Porównując stanowi-ska amerykańskiego PhRMA i niemieckiego ministra gospodarki, można odnieść wrażenie, że amerykańskie stanowisko zostało jedy-nie przetłumaczone na niemiecki.
Równie zdecydowanie zabrzmiały w tej sprawie argumenty „AG Gesundheit”, frakcji parlamentarnej CDU/CSU. „Proponujemy uporządkować na nowo prace IQWiG jako zleceniobiorcy w służ¬bie zdrowia – czytamy w deklaracji woli. – Ten nowy kierunek musi znaleźć odbicie także u najwyższych władz tej instytucji”.
Ważni politycy koalicji byli zatem zgodni co do tego, że Peter Sawicki jest dla przyjaciół zza wielkiej wody, a także dla krajowego przemysłu farmaceutycznego nie do zaakceptowania, i że czas już przykrócić wodze IQWiG.
Tylko jak przekazać to opinii publicznej, u której Peter Sawicki cieszy się sympatią oraz nienaganną opinią prasy i zwykłych ludzi?
Ministrowie gospodarki, przemysł farmaceutyczny, politycy zaj-mujący się sprawami zdrowia – oni wszyscy mieli wielkie szczęście. Jakimś cudem do FAZ  dotarł bowiem raport, w którym nagle była mowa o oszustwach finansowych. Wbrew postanowieniom swoje-go kontraktu Sawicki miał podpisać kosztowne umowy leasingowe, latał klasą biznesową, a nie ekonomiczną, i nawet dwukrotnie ujął w rozliczeniu niezgodnie z przepisami paliwo do swojej kosiarki – łącznie 25,10 euro. „Instytut nie stracił z tego tytułu ani jednego centa” – opowiedział Sawicki na moje pytanie o te zarzuty. Benzyna do kosiarki została omyłkowo ujęta w rozliczeniu diet, ponieważ znalazła się na fakturze za paliwo. „Przeoczyłem to i natychmiast zwróciłem pieniądze, gdy tylko zauważyłem ten błąd”.
W prasie jednak zarzuty były szeroko komentowane. Benzyna do kosiarki stała się głównym punktem oskarżenia: taki ktoś jest oczywiście nie do zaakceptowania w poważnej polityce zdrowotnej w Niemczech. Sawickiemu nie przedłużono kontraktu.
Dla krytycznych obserwatorów wewnątrz systemu ochrony zdrowia wyrzucenie Sawickiego było symbolem tego, jak przedstawia¬ją się stosunki władzy także w Europie. „Wraz z tą aferą typowy dla Ameryki lobbing farmaceutyczny dotarł również do Europy” — powiedział mi Thomas Pieber, długoletni przewodniczący Europejskiego Towarzystwa Cukrzycy i przysięgły krytyk własnej branży. Właśnie w przypadku cukrzycy, choroby, na którą już wkrótce będzie cierpiało pół świata, szerzy się zaraza podejrzanych leków, a wielu ekspertów wysokiej rangi znajduje się na listach płac przemysłu farmaceutycznego.
Fatalnie wygląda również sytuacja nowoczesnych leków antynowotworowych — wykorzystując bliskość śmierci, uprawia się szantaż cenowy i bezlitośnie łupi budżety przeznaczone na ochronę zdrowia. Berliński onkolog Wolf-Dieter Ludwig, przewodniczący komisji leków niemieckich lekarzy, dobrze zna te układy i traktuje umotywowaną politycznie zmianę na stanowisku szefa IQWiG jako poważne ostrzeżenie:

Cytuj

„Sawicki był ogólnie szanowanym fachowcem. To, że kogoś takiego można ustrzelić, jest naprawdę groźne”.

Jak urzędy sprawdzają bezpieczeństwo szczepionek

Właśnie nadeszła wiosna 2011 roku, gdy Instytut im. Roberta Kocha zabrał się wreszcie do publikację długo oczekiwanych badań na temat bezpieczeństwa szczepionek dla niemowląt107. Badania te miały wielkie ambicje: zamierzano po raz pierwszy ująć wszystkie niewyjaśnione nagłe i nieoczekiwane przypadki zgonów dzieci w wieku od 2 do 24 miesięcy i zbadać, czy miały one związek ze szczepieniami zalecanymi w kalendarzu szczepień. Konkretnym bodźcem do tych badań była seria niewyjaśnionych przypadków zgonów w korelacji czasowej ze szczepieniami, również ze stosowaną wówczas powszechnie po zniesieniu czasowego urzędowego zakazu sześcioskładnikową szczepionką Hexavac firmy Sanofi-Pasteur.
Podejrzenia padły przede wszystkim na adiuwanty, czyli zawierające aluminium substancje wzmacniające działanie szczepionki. Jedna dawka Hexavacu zawierała 0,3 miligrama wodorotlenku glinu. Drugi produkt obecny na rynku, Infarix hexa, produkowany przez GSK, zawierał jeszcze więcej, bo aż 0,82 mg jonów aluminium. Oprócz wodorotlenku glinu jako drugą substancję pomocniczą wy-mieniano fosforan glinu.
Jeszcze tytułem przypomnienia: dopuszczalny maksymalny poziom w wodzie pitnej wynosi 0,2 miligrama na litr. Przy lekko kwaśnej wartości pH taka ilość aluminium wystarcza, by uszkodzić ikrę łososi na tyle, by nie wylęgły się z niej ryby albo padły zaraz po wylęgnięciu się.
W przypadku żywności granica tolerancji według unijnych instytucji wynosi 1 mg na kilogram masy ciała na tydzień. Tę graniczną wartość ustalono dopiero w 2008 roku, ponieważ

Cytuj

„aluminium może już w niewielkich dawkach uszkadzać rozwijający się układ nerwo-wy bardziej niż dotychczas zakładano”

— czytamy w uzasadnieniu niemieckiego Federalnego Instytutu Oceny Ryzyka.
Weźmy więc jako przykład ważące pięć kilogramów niemowlę, które w trzecim miesiącu życia dostaje pierwszą szczepionkę sześcio- składnikową. Jeśli przeliczymy urzędowo ustaloną granicę dla pro¬duktów spożywczych na jeden dzień, to maksymalna dzienna dawka wynosi 0,71 miligramów. Wraz ze szczepionką Infarix hexa, obecnym monopolistą na rynku, do mięśnia wstrzykiwane jest 0,82 miligrama jonów aluminium, i to z pominięciem układu pokarmowego.
Dawka aluminium w szczepionkach dla niemowląt – choćby tylko pod względem ilościowym – jest więc znaczna. Tym bardziej że większość niemowląt podczas wizyt u lekarza otrzymuje ponadto od razu szczepionkę przeciw pneumokokom, która także zawiera jednorazowo nawet 0,5 miligrama jonów aluminium.
Tyle na temat sytuacji wyjściowej. Token test rozpoczął się latem 2005 roku. Krótko potem Sanofi-Pasteur całkowicie wycofał z rynku swą kontrowersyjną szczepionkę Hexavac. Oficjalnie dlatego, że wystąpił problem z długoterminową skutecznością składnika wirusowego zapalenia wątroby typu B szczepionki sześcioskładnikowej. Nieoficjalnie podejrzewano, rzecz jasna, związek z rozpoczętymi właśnie badaniami.
Od lata 2005 do lata 2008 roku na większości terenów Niemiec instytucje ochrony zdrowia gromadziły dane na temat przypadków zgonów i przekazywały je do berlińskiego Centrum Badawczego przy Instytucie im. Roberta Kocha. Najpierw mówiono, że wyniki badań zostaną ogłoszone na początku 2009 roku. Moje pytania kierowane do Instytutu im. Roberta Kocha najpierw wielokrotnie zbywano, a raport ukazał się ostatecznie z dwuletnim opóźnieniem.
Ostro skrytykowałem wtedy na moim blogu’°8 prezentację wyników przez Instytut im. Roberta Kocha. Główne punkty mojej krytyki dotyczyły, po pierwsze, tej bzdury, żeby właśnie te badania były finansowane przez producentów badanych szczepionek. Za kwotę 2,5 miliona euro firmy te zgodnie z umową nabyły prawo „bycia niezwłocznie poinformowanymi o istotnych wynikach i ocenach”. Przyznano im też prawo, by przed opublikowaniem rezultatów „miały okazję zająć merytoryczne stanowisko wobec tekstów zawartych w publikacji”.
Za kwotę ponad 500 milionów euro, odprowadzanych co roku na zalecane przez STIKO (Ständige Impfkommision) przy Instytucie im. Roberta Kocha z budżetu służby zdrowia do kas producentów szczepionek, sponsorzy ze środków z podręcznej kasy kupili sobie prawo głosu.
Do czego więc Instytut im. Roberta Kocha naprawdę potrzebował sponsorów? Można podejrzewać, że chodziło przede wszystkim o wykorzystanie wiedzy metodologicznej oraz o strategiczne doradztwo firm do upiększenia rezultatów „zgodnie z ideą szczepień”.
Po drugie, skrytykowałem to, że w Niemczech bardziej liczy się ochrona danych osobowych niż zdrowe dzieci. „Ze względu na ochronę danych osobowych” niemożliwe było bowiem powiązanie danych osobowych zmarłych dzieci z danymi pochodzącymi z książeczek szczepień, a konieczne byłoby stworzenie ogólnego rejestru szczepień, który stanowiłby elektroniczną bazę na potrzeby poważnych badań naukowych. Do tej pory jednak tego nie zrobiono.
Wskutek tego braku informacji w kluczowym obszarze, który po-winien zostać zbadany, wynikła konieczność nawiązania kontaktu z rodzicami szczepionych dzieci. Zostali oni poproszeni o odszuka-nie książeczek szczepień swoich zmarłych dzieci i wypełnienie obszernych ankiet. Można sobie chyba wyobrazić, że dla wielu matek i ojców było to psychicznie nie do zniesienia. I jak można się było tego spodziewać: około dwie trzecie rodziców – łącznie 667 dzieci, które zmarły w okresie objętym badaniem — mimo wielokrotnego nawiązywania kontaktu odmówiło udziału w token teście.
Gdy napłynęły dane i dokonano pierwszej wstępnej analizy, otrzymano alarmujący obraz, który w RKI najwyraźniej stał się powodem kilku narad kryzysowych i gorących dyskusji. Okazało się bowiem, że nieproporcjonalnie dużo dzieci zmarło w bliskim związ¬ku czasowym ze szczepieniami.
Oficjalna wersja głosi, że rodzice dzieci, które zmarły niedługo po szczepieniach, najwyraźniej częściej niż inni wyrażali zgodę na udział w badaniach. Poza tym, według wersji RKI, również insty-tucje prawa medycznego zafałszowały ocenę danych, powodując, że w badaniach ujęto właśnie zwłaszcza przypadki zgonów po szcze-pieniach.
Na podstawie okoliczności RKI przyznało sobie prawo do skory-gowania własnych danych i zmodyfikowania ich – postfactum — pod względem statystycznym. Doprowadziło to w efekcie do sformuło¬wania stwierdzenia, że szczepienia nie odegrały żadnej roli w niewy¬jaśnionych przypadkach zgonów w pierwszym i drugim roku życia.
Wysłałem swoją krytykę takich praktyk wraz z kilkoma pytania-mi uzupełniającymi do pracowników RKI i kierownika token testu Martina Schlauda.
Wymieniliśmy kilka maili i pan Schlaud przesłał mi wyczerpujące wyjaśnienia, łącznie z pouczeniem, bym nabył sobie odpowiednie podręczniki epidemiologii.
Schlaud pouczył mnie, że analizując wyniki, zapomniałem wziąć pod uwagę, iż oczywiście ryzyko zgonu niemowląt z biegiem czasu maleje i dlatego zupełnie normalne jest to, że tuż po szczepieniu ryzyko jest wyższe niż później. Po prostu później dzieci są starsze i w związku z tym ryzyko, że nagle umrą, jest mniejsze.
Faktycznie prawdą jest, że, jak pokazuje wiele badań, poczynając od piątego miesiąca, krzywa ryzyka zgonu stale idzie w dół109. Cze¬go jednak Schlaud nie wyjaśnił, to faktu, że krzywa zgonów osiąga apogeum dokładnie w tych miesiącach, kiedy niemowlęta otrzymują pierwsze szczepienia.
Gdyby rzeczywiście tak było, że im starsze dziecko, tym ryzyko mniejsze, dlaczego między pierwszym a trzecim rokiem życia występuje tak gwałtowny wzrost? Zbadanie, czy ten wzrost ryzyka zgonu ma związek ze szczepieniami, powinno było stanowić najpilniejsze zadanie token testu. Zwłaszcza że również w odniesieniu do czasu zgonów w Niemczech otrzymano bardzo podobną prawidłowość.
U 98 dzieci, które w czasie, gdy były prowadzone badania, zmarły po otrzymaniu szczepionki sześcioskładnikowej, ujawniła się następująca kolejność czasowa związana z wiekiem tych dzieci:

Większość przypadków zgonu miała zatem miejsce w wieku od czte-rech do pięciu miesięcy. W trzecim miesiącu życia, kiedy między 60 i 91 dniem większość dzieci otrzymuje pierwszą dawkę szczepionki sześcioskładnikowej, w tak wczesnym wieku zmarło „tylko” 9 dzie¬ci. W dwóch kolejnych miesiącach, gdy podaje się drugą i trzecią dawkę szczepienia, zdarzyło się aż 27 przypadków zgonu, a więc im więcej szczepień, tym większe ryzyko zgonu.
Jak jednak zmierzyć, czy te przypadki zgonu mają coś wspólnego ze szczepieniami?
Sprawdzenie, czy ryzyko zgonu wzrasta po szczepieniu, jest pod względem metodologicznym dość trudne, ponieważ nie istnieje grupa kontrolna w tradycyjnym rozumieniu tego słowa. Gdybym na przykład chciał sprawdzić, czy określona dieta prowadzi do spad¬ku wagi, jedna z badanych grup musiałaby się trzymać ustalonego
jadłospisu, druga zaś odżywiać się tak jak do tej pory. Na końcu wskaźnik wagi ujawniłby skuteczność lub brak skuteczności takiej metody.
W przypadku ryzyka zgonu taki kształt badań nastręcza jednak poważnych problemów.
Po pierwsze, ryzyko na szczęście jest bardzo małe. To znaczy, że trzeba byłoby mieć dwie bardzo duże grupy, żeby w ogóle wystąpiły policzalne przypadki zgonu. Takie badania byłyby niewyobrażalnie kosztowne.
Drugi problem dotyczy grupy kontrolnej. Żadna komisja do spraw etyki nie pozwoliłaby na losowe przydzielenie dziecka do grupy nieszczepionej.
Te dwa główne powody legły u podstaw opracowania w latach dziewięćdziesiątych własnego matematycznego modelu do oceny ryzyka związanego ze szczepieniami: self-controlled case series (SCCS). Zaadaptowana wersja metody SCCS została również zastosowana w ewaluacji token testu.
Szczególną cechą metody SCCS jest brak grupy kontrolnej. W obliczeniach uwzględnia się jedynie „przypadki”: a więc łącznie 254 dzieci, które zmarły w ciągu trwających trzy lata badań. Na¬stępnie zdefiniowano okresy ryzyka. W token teście są trzy takie okresy: w ciągu 3 dni, od 4 do 7 dni oraz od 8 do 14 dni po terminie szczepienia.
W SCCS zamiast grupy kontrolnej występuje okres kontrolny. Na koniec oblicza się, czy badany wynik występuje ponadprzecięt¬nie często w zdefiniowanym uprzednio okresie ryzyka.
Struktura badań SCCS sama w sobie jest naprawdę przydatna do mierzenia rozkładu ryzyka w określonych przedziałach czasowych. Jednak nie uwzględnia ona relacji występujących poza ustalonymi uprzednio przedziałami czasowymi. Jeśli więc niepożądany skutek szczepionki wystąpi dopiero po kilku tygodniach lub miesiącach, nie zostanie on wykryty przez SCCS.
Przyjrzyjmy się więc, co wykazał token test. Wyniki opublikowa¬no na stronie internetowej RKI. Należałoby jednak przeczytać pełną wersję (dostępną jedynie w języku angielskim), ponieważ, mówiąc oględnie, niemieckie streszczenie cytuje owe wyniki nader wybiórczo.
W ocenie RKI ryzyko nagłej śmierci w ciągu trzech dni po szcze-pieniu było równie mało podwyższone co w ciągu tygodnia po szczepieniu. Między 4 a 7 dniem ryzyko było rzekomo nawet mniej¬sze. U zmarłych dzieci nie występowały także żadne wspólne oznaki choroby, na przykład obrzęk mózgu.
Według opinii RKI winę za przypadki śmierci wśród dzieci po¬noszą w dużej mierze sami rodzice:

Cytuj

„Niemal wszystkie dzieci zmarłe krótko po podaniu szczepionki znajdowały się pod wpływem znanych czynników ryzyka związanych z zespołem nagłej śmierci łóżeczkowej: spanie na brzuchu, paląca matka, przegrzanie przez pościel, odzież lub ogrzewanie”.

Taka więc była istota urzędowej odpowiedzi. Żadnych problemów ze szczepionką, jeśli dzieci umierają, to z winy rodziców, którzy palą w ich obecności, przegrzewają je albo pozwalają im spać w niebez-piecznej pozycji na brzuchu.
Ostrożne odwołanie alarmu – tak brzmiał tytuł artykułu opublikowanego w „Deutsche Arzteblatt”110. Jako współautor tego arty¬kułu pojawił się na wszelki wypadek kierownik token testu Martin Schlaud.
Po takim oficjalnym wprowadzeniu przechodzimy teraz do tego, co naprawdę zawierają te badania. I znajdziemy tu nagle wyniki, których z pewnością nie można nazwać uspokajającymi:
Trzy dni po podaniu szczepionki sześcioskładnikowej ryzyko zgo¬nu według badań SCCS wzrosło 2,3-krotnie.
Trzy dni po podaniu szczepionki pięcioskładnikowej ryzyko zgo¬nu było podwyższone aż 8,1-krotnie.
Szczepionka pięcio- i sześcioskładnikowa liczone razem powodo-wały trzykrotne zwiększenie ryzyka zgonu.
U dzieci przedwcześnie urodzonych ryzyko zgonu w ciągu trzech dniu po podaniu szczepionki pięcio- lub sześcioskładnikowej wzra-stało sześciokrotnie.
W drugim roku życia ryzyko zgonu w ciągu trzech dni po szcze-pieniu rosło niemal czternastokrotnie.
Wyniki te były statystycznie istotne. To znaczy, że w razie powtó-rzenia badań przy zachowaniu tych samych warunków istnieje wy-noszące 95 procent prawdopodobieństwo, że ich wynik będzie się plasował w obrębie przedziału ufności.
Wynik nieznaczący nie jest wymowny, ponieważ plasuje się poza ustalonym wcześniej przedziałem ufności i w związku z tym z du¬żym prawdopodobieństwem stanowi dzieło przypadku. Jeśli wynik jest nieznaczący, to przy powtórnym badaniu możliwe jest uzyska¬nie wyniku przeciwnego.
Dlatego prezentowanie jako rezultatów badania wyników niezna- czących uznaje się za niepoważne. Ale właśnie RKI to robi zaraz na pierwszej stronie token testu, zamieszczając, jako jedno z siedmiu głównych stwierdzeń, następujące, wyróżnione graficznie sformuło-wanie: „W dniach od czwartego do siódmego po szczepieniu stwier-dzono zmniejszone ryzyko”.
Rzeczywiście, przypadki zgonu następowały w większej liczbie w dniach od o do trzeciego po szczepieniu, a potem w dniach od ósmego do czternastego. Między trzecim a siódmym dniem zare¬jestrowano niewiele przypadków zgonu. Prawdopodobnie jest to dziełem przypadku, zmniejszone ryzyko nie było znaczące. Ale fakt, że właśnie to przypadkowe stwierdzenie jest prezentowane jako je¬den z głównych wyników badań, dobrze pokazuje chęć manipulacji ze strony autorów.
Za równie niepoważne uznaje się metodologiczne zmiany sposo¬bu oceny wyników badań wprowadzone po fakcie i takie ich do-stosowanie, aby otrzymać „właściwe” wyniki. Taka właśnie „nowa ocena” danych miała miejsce w tym przypadku.
Autorzy badań RKI stwierdzili mianowicie, że w tych przypad¬kach, które zostały zgłoszone do udziału w badaniach przez insty¬tucje medycyny sądowej, ryzyko zgonu tuż po zaszczepieniu było wyższe niż w tych, które zostały zgłoszone przez instytucje służby zdrowia. Dlatego statystycy RKI podjęli decyzję o ponownej oce¬nie tych danych. Ustalili współczynnik oceny w wysokości 0,41. To znaczy, że każdy przypadek zgonu zgłoszony przez instytucje służby zdrowia miał taką samą wagę jak dwa i pół przypadku zgonu zgło¬szonego przez instytucje medycyny sądowej.
Dopiero zastosowanie tej absurdalnej sztuczki pozwoliło zredu-kować ryzyko zgonu w okresie trzech dni po szczepieniu do zakresu bez znaczenia. I wyłącznie te ocenione na nowo wyniki zostały ujęte w podsumowaniu badań. Oczywiście bez żadnej informacji o tym, że wynik ten został uzyskany wyłącznie dzięki sztucznej, dowolnej redukcji tych przypadków, które w opinii RKI nie pasowały do ogólnego obrazu.
W przypadku ośmiokrotnie zwiększonego ryzyka zgonu po po¬daniu szczepionki pięcioskładnikowej nie pomogła jednak nawet sztuczka ze zmianą parametrów. Ten wynik RKI uzasadnia małą liczbą przypadków. Oto cytat:

Cytuj

„To wyliczenie oparto jednak zaledwie na 14 przypadkach dzieci, którym podano szczepionkę pięcioskładnikową. Czworo spośród tych dzieci zmarło w ciągu trzech dni po podaniu szczepionki. Poza tym wśród rodziców, których dzieci zmarły krótko po podaniu szczepionki pięcioskładnikowej, występuje szczególnie duża gotowość do udziału w badaniach”.

Podobnie brzmiała argumentacja w przypadku nadzwyczajnie wysokiego ryzyka zgonu w drugim roku życia.
Głęboko w trzewiach badania ukryta jest informacja, że dzieci przedwcześnie urodzone wykazują czterokrotnie zwiększone ryzyko zgonu w ciągu trzech dni po podaniu szczepionki sześcioskładni- kowej. To ryzyko jest zatem u nich dwukrotnie większe niż u nie-mowląt urodzonych o czasie. Jeśli doliczymy do tego wcześniaki, które otrzymały szczepionkę pięcioskładnikową, ryzyko wzrasta aż do współczynnika 6,03. Ten wynik daje lekarzom prawo do tego, by dzieci przedwcześnie urodzone szczepić nieco później.
W trakcie przetwarzania wyników RKI zrobiono wszystko, by pomniejszyć te alarmujące rezultaty i ukryć je gdzieś w tekście głównym liczącego 160 stron raportu. Zapewne nie jest dziełem przypadku także to, że niemiecką pracę można ściągnąć ze strony internetowej RKI wyłącznie w języku angielskim, zaś po niemiecku dostępna jest jedynie skrócona, upiększona wersja.
Cóż więc mamy począć z takimi wynikami?
Głośno obwieścić, że wszystko jest w porządku, przejść do po¬rządku dziennego i dalej szczepić tak jak do tej pory, jak to prakty¬kuje Instytut im. Roberta Kocha?
Jestem daleki od tego, by traktować wszystkie zacytowane tu prze¬ze mnie wyniki token testu jako dowody na zagrożenia wynikające ze szczepień niemowląt.
Myślę też, iż możliwe jest, że rodzice, którzy stracili dzieci krótko po szczepieniu, wykazują większą gotowość do udziału w badaniu niż inni rodzice. Możliwe też, choć nie przychodzą mi do głowy powody takiego stanu rzeczy, że rodzice, których dzieci zmarły bez szczepienia lub dłuższy czas po podaniu szczepionki, nie są aż tak bardzo zainteresowani wyjaśnieniem przyczyn. Ale nawet gdyby tak było, nie wolno, posługując się stwierdzeniem na temat „nadrepre- zentatywności przypadków zgonu po szczepieniu”, spuszczać na to zasłony milczenia.
Niemal wszystkie zacytowane przeze mnie wyniki analizy SCCS, o ile są realne, mają daleko idące konsekwencje dla codziennej praktyki szczepiennej. Trzeba to sprawdzić. Ale zamiast tego RKI próbuje przedstawić spartaczone metodologicznie badania, naginając ich wyniki „do idei szczepień” jako dowód na bezpieczeństwo szczepionek, a to już jest czystą manipulacją.
Ten temat jest o wiele za poważny, by postępować beztrosko czy niedbale. Co roku szczepieniom poddaje się miliony zdrowych dzie¬ci. Ich rodzice chcą mieć maksymalną pewność, że szczepienie dzieciom nie zaszkodzi.
To dzieci muszą być chronione, a nie jakaś anonimowa „idea szczepień”.
Nie chciałbym znaleźć się w skórze urzędników i ekspertów od szczepień, jeśli za kilka lat okaże się, że ignorowano, manipulowano
i umniejszano sygnały zapowiadające katastrofę.
Cywilizowane państwo potrzebuje wreszcie krajowego rejestru
szczepień, w którym zapisana zostanie każda podana dawka szcze-pionki. „Czegoś takiego w Niemczech nie ma — odpowiedział mi Martin Schlaud na związane z tym pytanie. – Książeczki szczepień pozostają u rodziców, a dane dotyczące szczepionek nie są groma-dzone w żadnym oficjalnym rejestrze”.
Podobnie nie istnieje obejmujący cały kraj rejestr zgonów, który umożliwiałby centralny dostęp do wszystkich świadectw zgonów. „Zasadniczo – stwierdził Schlaud — połączenie tych rejestrów dawa-łoby szerokie możliwości badań naukowych nad relacjami między szczepieniami i przypadkami nagłych zgonów”.
Zasadniczo byłby to dobry pomysł. No tak, ale ochrona danych…
Czasami odnoszę wrażenie, że ustawa o ochronie danych osobo¬wych jest idealnym sojusznikiem braku odpowiedzialności, lenistwa i ignorancji.
Te same cechy charakteryzują również instytucje zajmujące się ochroną zdrowia, które przy każdej nadarzającej się okazji podkła¬dają się przemysłowi farmaceutycznemu i niczego nie boją się tak bardzo, jak obiektywnych i pozbawionych uprzedzeń badań nad bezpieczeństwem szczepionek.
Zlecenie Instytutowi im. Roberta Kocha jako tej instytucji, która zaleca szczepienia, oceny bezpieczeństwa własnych zaleceń, od sa-mego początku było poronionym pomysłem. W nauce nazywamy to brakiem niezależności.
Jakże ta instytucja miałaby nagle wystąpić w charakterze obiek-tywnego rzeczoznawcy i dowieść na przykład, że niektóre z tych szczepionek powodują szkody? Przecież z punktu widzenia psycho-logii to niemożliwe, by obiektywnie ocenić coś, do czego ma się stosunek emocjonalny. Widzimy to, co chcemy widzieć – i odnosi się to także do sfery nauki. Dlatego badania bezpieczeństwa szczepionek powinni przeprowadzić naukowcy, którzy mają do tego tematu stosunek neutralny, a nie tacy, którzy całe swoje zawodowe życie zbudowali na ochronie i stosowaniu szczepionek – zawsze i bez żad-nych wyjątków.
Poważne podejście wymagałoby odebrania uprawnień Instytutowi im. Roberta Kocha, tak bardzo uwikłanemu w swoją rolę, i zlecenie wykonania powtórnej oceny naprawdę niezależnej organizacji naukowej, a – jeśli to będzie konieczne — również zorganizowania na nowo token testu.
Pytania, na które token test powinien przynieść odpowiedź, nie zostały bowiem jeszcze wcale wyjaśnione. Wręcz przeciwnie: sposób postępowania RKI w tym przypadku powoduje zrujnowanie zaufania do bezpieczeństwa szczepionek.

“Zacznij tam gdzie jesteś, użyj tego co masz, zrób co możesz”
Nie negocjuje na rozsądnych warunkach z ludźmi, którzy zamierzają mnie pozbawić rozsądku.

Mary Tocco – Szczepienia i Układ Odpornościowy.

Wystąpienie Mary Tocco z dnia 18 stycznia 2014 r. na corocznym spotkaniu Save Long Island Forum w Hauppauge, NY.

“Zacznij tam gdzie jesteś, użyj tego co masz, zrób co możesz”
Nie negocjuje na rozsądnych warunkach z ludźmi, którzy zamierzają mnie pozbawić rozsądku.

Dlaczego taka sama dawka szczepionki podawana jest dwumiesięcznym niemowlętom, jak pięciolatkom?
Oto przykłady wagi dzieci oraz odpowiadającym im maksymalnym poziomem aluminium, według FDA (1 funt = 0,45 kg)
8 funtowe, zdrowe dziecko: 18.16 mcg aluminium
15 funtowe, zdrowe dziecko: 34.05 mcg aluminium
30 funtowy, zdrowy maluch: 68,1 mcg aluminium
50 funtowe, zdrowe dziecko: 113 mcg aluminium
150 funtowa osoba dorosła: 340,5 mcg aluminium
350 funtowa osoba dorosła: 794,5 mcg aluminium
Więc ile aluminium znajduje się w szczepionkach, które są rutynowo podawane dzieciom?
Hib (PedVaxHib) – 225 mcg
WZW B – 250 mcg
DTaP – w zależności od producenta, w zakresie od 170 do 625 mcg
Pneumokoki – 125 mcg
WZW A – 250 mcg
HPV – 225 mcg [a ten nowszy Gardasil 9 ma 500mcg]
Pentacel (DTaP, Hib i Polio) – 330 mcg
Pediarix (DTaP, WZW B i Polio) – 850 mcg
Krótko po urodzeniu, większość dzieci otrzymuje szczepionkę WZW B, której zawartość aluminium przekracza dopuszczany przez FDA poziom o 14 razy!
I podczas wizyt kontrolnych u pediatry, często zdarza się, że dzieci w wieku 2 miesięcy, 4 miesiąca, 6 miesięcy itp, otrzymują wiele szczepionek na raz, czasem nawet do 8-9 [w USA], które mają razem ponad 1.000 mcg aluminium. Do wieku 18 miesięcy, otrzymują ok. 4,925 mcg aluminium!
„Pojedyncza szczepionka podawana 3kg noworodkowi jest odpowiednikiem podania 80kg osobie dorosłej 30 szczepień w tym samym dniu. Dodajcie do tego toksyczne działanie wysokiego poziomu aluminium i formaldehydu, które są zawarte w niektórych szczepionkach, oraz efekt synergicznej toksyczności, co może dodatkowo zwiększyć ich działanie do nieznanego poziomu. Ponadto, jest doskonale wiadomym, że u dzieci nie wytwarza się znacząca ilości żółci, ani nie mają tak samo dobrej zdolność nerek, jak dorośli, aż do kilku miesięcy po urodzeniu. Drogi żółciowe są głównym szlakiem biochemicznym, przez który rtęć jest usuwana z organizmu, a niemowlęta nie mogą tego wykonać zbyt dobrze. Nie posiadają również odpowiednio zdolnych nerek, aby usunąć aluminium. Dodatkowo, rtęć jest znanym inhibitorem funkcji nerek „- dr Boyd Haley [Ph.D.]

A ten wykres jest po polsku w książce „Szczepić, czy Nie?” dra Eisensteina

———-

A tutaj o rtęci

“Zacznij tam gdzie jesteś, użyj tego co masz, zrób co możesz”
Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s