Placebo/Nocebo

Siła umysłu vol.1 – Psychika a zdrowie (56:46 , PLANETE+)

Nocebo (łac. będę szkodzić) – negatywne, niepożądane objawy zjawiska zwanego placebo. Efekt nocebo, czyli różne objawy uboczne (np. nudności, wymioty, bóle głowy, senność, bezsenność, drętwienia, świąd skóry, tachykardię, biegunkę, wysypkę czy obrzęki) najczęściej wywołane są przez negatywne nastawienie pacjenta do terapii, czy też nieakceptowany przez niego wygląd leku. Po raz pierwszy terminu reakcja nocebo użył Walter Kennedy w 1961 roku. Niektórzy badacze uważają, że śmierć w wyniku magii voodoo może być przypadkiem efektu nocebo.
Efekt nocebo jest również odwrotnością placebo – jak przekonanie o pozytywnym działaniu specyfiku może pomóc tak negatywne nastawienie (czy uleganie negatywnej sugestii) może zwiększać czy powodować objawy chorobowe np. doktor Arthur Barsky wykazał, że w 97 procentach objawy alergii na penicylinę okazywały się w rzeczywistości efektem nocebo. Na efekt nocebo bardziej narażone są osoby ze skłonnością do depresji, lęków i hipochondrii oraz podatne na wpływ negatywnej sugestii.

Placebo (łac. będę się podobał) – substancja lub działanie (np. zabieg chirurgiczny) obojętne, nie mające wpływu na stan zdrowia pacjenta, podawane choremu jako terapia. Chory nie wie, że to, co zastosowano, nie jest prawdziwym leczeniem, zaś wszystko (dla leku głównie: wygląd, zapach, smak, konsystencja), oprócz leczniczych właściwości placebo jest takie samo, jak rzeczywistej terapii.
Często zastosowanie prawdziwego leku mogłoby być szkodliwe dla pacjenta, ale oszukanie go przez wmówienie, że przyjął lek, może poprawić jego sytuację psychiczną.
Placebo stosuje się również w badaniach nad działaniem leków, zabiegów medycznych i niekonwencjonalnych, używając go w podwójnie ślepej próbie.

https://i0.wp.com/img823.imageshack.us/img823/4599/120473192638170339fd2c3.jpg

Placebo / Nocebo

Placebo, czyli leki obojętne (pozbawione substancji leczniczych i nie wpływające na zdrowie pacjenta) są powszechnie stosowane podczas testowania nowych leków.
Podaje się je też pacjentom, których choroby mają podłoże psychiczne, a nie fizyczne. Lecznicze właściwości placebo przypisywano sugestii i wierze w to, że jest to silny, gwarantowany lub nowoczesny lek. Okazuje się, że tak nie jest.

Zbadaniem działania placebo zajęła się grupa naukowców z dwóch ośrodków: Harvard Medical School’s Osher Research Center oraz Beth Israel Deaconess Medical Center (BIDMC). Jak tłumaczy Ted Kaptchuk, uczestnik projektu, powodem było przepisywanie przez lekarzy placebo dla wzmocnienia efektu terapeutycznego, co rodziło wątpliwości etyczne (jest to przecież swego rodzaju „oszukiwanie” pacjenta).
Eksperyment przeprowadzono na grupie 80 chorych cierpiących na zespół jelita drażliwego, trudną w leczeniu chorobę o nie do końca poznanych przyczynach [ warto poczytać o Glutenie – BladyMamut. Połowa stanowiła grupę kontrolną i nie dostawała żadnych leków, połowa otrzymywała placebo – ale nowością było to, że jasno ich o tym poinformowano. Pojemniki z tabletkami były podpisane „placebo”, każdemu pacjentowi z osobna i dokładnie wyjaśniono, że pigułki składają się z samego cukru i nie mają żadnego działania leczniczego.

Po trzytygodniowej kuracji w grupie kontrolnej 35 procent osób odnotowało poprawę, zaś w grupie łykającej placebo aż 59 procent. Co więcej, z prowadzonej rejestracji eksperymentu wynikło, że w przypadkach, gdzie placebo zadziałało, było ono niemal tak samo skuteczne jak najskuteczniejsze dotąd prawdziwe leki na zespół drażliwego jelita.

Jak podkreśla Anthony Lembo, nie spodziewano się takiego wyniku, który zdaje się przeczyć logice i dotychczasowym teoriom. Zaznacza jednak, że był to eksperyment na niewielką skalę i konieczne jest powtórzenie go na większej próbie chorych. Jeśli jednak się potwierdzi, oznaczać to będzie, że „siłą” placebo nie jest wcale sugestia, lecz coś innego, na przykład rytuał medyczny, a także, że będzie można obojętne (a zatem nieszkodliwe) tabletki wykorzystać do leczenia przynajmniej niektórych chorób.
Autor: Artur Jurgawka

Źródło: kopalniawiedzy.pl

Rosnąca liczba danych dowodzi, że placebo są często efektywniejsze od testowanych klinicznie leków i że na wywołany przez nie efekt składa się nie tylko element psychologiczny, ale również biochemiczny.

NIEDOCENIANE ZJAWISKO

Jednym z najpowszechniej używanych w języku medycyny słów jest placebo. Efekt placebo jest stosowany jako miernik efektywności nowych leków. Na czym jednak dokładnie on polega i jakie są jego konsekwencje dla deterministycznej struktury zachodniej medycyny?

Efekt placebo jest często wykorzystywany przez personel medyczny do wskazywania i piętnowania oszustw oraz błędnego rozumowania. Bardzo często określa się nim terapie alternatywne. Tymczasem efekt placebo nie jest oszukańczym, bezużytecznym lub złowrogim zjawiskiem. Występuje niezależnie od intencji szarlatanów lub lekarzy. Jest spontanicznym, autentycznym i bardzo realnym zjawiskiem odnoszącym się do dobrze opisanych, ale niedostatecznie wyjaśnionych przypadkowych terapii lub popraw stanu zdrowia, do których dochodzi pod nieobecność aktywnej chemicznej/farmakologicznej substancji. Leki iluzji (które nie zawierają aktywnych substancji chemicznych) często działają jak prawdziwe medykamenty dając terapeutyczne skutki po podaniu ich pacjentom.

W trakcie licznych prób leków producenci z zażenowaniem odkrywają, że ich produkt w żadnej mierze nie przewyższa efektu placebo. Nie oznacza to, oczywiście, braku reakcji ze strony ludzkiego organizmu. Wręcz przeciwnie, placebo stanowi nie chemiczny bodziec, który silnie motywuje organizm do wyzdrowienia. Inaczej mówiąc, efekt placebo nie zależy od efektywności leku, ale wyłącznie od intencji i oczekiwań.

https://i0.wp.com/img690.imageshack.us/img690/3324/placebo2.jpg

Placebo / Nocebo


SKUTKI POZYTYWNEGO I NEGATYWNEGO MYŚLENIA

Efekt placebo błędnie uważano za wyłącznie psychologiczne i wysoce subiektywne zjawisko. Przekonany o efektywności terapii pacjent ignoruje objawy choroby bądź ledwie je odczuwa, mimo iż nie doszło do żadnej istotnej poprawy stanu jego zdrowia, to znaczy czuje się lepiej, choć nie jest zdrowszy. Czy jednak subiektywny aspekt psychologiczny efektu placebo może być odpowiedzialny za całość jego leczniczych własności? Otóż odpowiedź brzmi]nocebo[/b] – niespodziewane pogorszenie zdrowia. W jednym z testów badacze skłamali, mówiąc ochotnikom, że przepuszczają im przez głowy słaby prąd elektryczny, i mimo iż nie było żadnego prądu, 70 procent z nich (studenci medycyny) narzekało po tym eksperymencie na ból głowy.

W grupie pacjentów cierpiących na miażdżycę tętnicy szyjnej rokowania i postęp choroby pogłębiały się wraz z pogarszaniem się ich zdrowia psychicznego (to znaczy, kiedy ogarniało ich uczucie beznadziejności i depresja). W innej grupie pacjentów, również cierpiących na miażdżycę tętnicy szyjnej, rokowania i postęp choroby zależały nie tylko od uleganiu uczuciu beznadziejności, ale i od wrogości. U pacjentów z chorobą wieńcową serca brak nadziei był czynnikiem determinującym współczynnik ryzyka. Społeczna alienacja, stres w pracy i wrogość to dodatkowe czynniki współczynnika ryzyka.

Pozytywne lub negatywne myślenie zdają się mieć decydujący wpływ na wielkość czynnika ryzyka w każdym leczeniu – być może nawet większy od interwencji lekarza.

Efekt nocebo wydaje się mieć pewne biologiczne podstawy. Grupa 15 mężczyzn, których żony cierpiały na nieuleczalną formę raka, wzięła udział w niewielkim perspektywicznym badaniu. Po śmierci żon mężczyzn ogarnął głęboki smutek, który stał się przyczyną immunodepresji. W rezultacie ich limfocyty przez pewien czas bardzo słabo reagowały na mitogeny. Smutek zaatakował ich układ odpornościowy. Badacze wysnuli wniosek, że smutek i indukowana przezeń immunodepresja doprowadziły do wysokiej śmiertelności w tej grupie.

KRÓTKA HISTORIA MAŁEGO CUDU

Słowo placebo (oznaczające „usatysfakcjonuję, zrobię przyjemność”) było używane w medycznej modlitwie we frazie Placebo Domino (Usatysfakcjonuję Pana) i pochodzi z piątowiecznego przekładu Biblii. W XVIII wieku słowo to zaadoptowała medycyna i zaczęła wykorzystywać je do określania preparatów bez wartości leczniczej, które podawano pacjentom w charakterze „pozornych leków”. W latach 1920. jego znaczenie zaczęło się zmieniać (Graves) i poprzez szereg etapów pośrednich (Evas i Hoyle, 1933, Gold Kwit i Otto. 1937, Jellinek, 1946) w roku 1955 uzyskało ostateczną formę, i oznacza obecnie znaczącą część efektu terapeutycznego. Stało się to za sprawą opublikowanej w roku 1955 pracy The powerful Placebo (Potężne placebo), w której Henry K. Beecher przypisał efektowi placebo około 30 procent ogólnych korzyści terapeutycznych.

W niektórych najnowszych badaniach efekt placebo został oceniony jeszcze wyżej – na poziomie 60 procent całego terapeutycznego efektu. W ostatnim przeglądzie 39 badań dotyczących efektywności leków przeciwdepresyjnych psycholog Guy Sapirstein doszedł do wniosku, że efektowi placebo zawdzięczamy 50 procent korzyści terapeutycznych, a tylko 27 procent działaniu leku (fluoxetine, sertaline i paroxetine). Trzy lata później Sapirstein i psycholog Irving Kirsch poddali analizie dane pochodzące z 19 „ślepych” badań dotyczących depresji i uzyskali jeszcze większy procentowo skutek terapeutyczny efektów placebo. Okazało się, że 75 procent poprawy w terapii depresji było dziełem placebo!

Hrobjartsson i Gotzsche (2001, 2004) wątpili w efektywność zjawiska placebo i wiązali je wyłącznie z subiektywizmem ludzkie psychiki. Jest to prawda, albowiem główny aspekt efektu placebo ma związek z psychiką. W dwóch badaniach, w których podawano wyłącznie placebo, wywoływany przez nie efekt wydawał się zależeć od percepcji osoby poddawanej terapii. Na przykład dwie tabletki placebo były lepsze od jednej, większe tabletki były lepsze od mniejszych, a jeszcze lepsze były zastrzyki.

Placebo indukowało reakcję nie tylko na terapię, ale też na jej formę, wskazując, że cały ten fenomen jest kształtowany przez osobisty świat symboliki pacjenta. Przed wystąpieniem reakcji placebo percepcja człowieka interpretuje stosowaną terapię i przygotowuje odpowiednią na nią reakcję. Wygląda na to, że do uwarunkowywania ludzkiego organizmu na terapię przyczyniają się nie tylko bodźce chemiczne, ale również poza chemiczne.

Czy reakcja placebo jest wyłącznie psychologicznym zjawiskiem, czy też wywołuje dodatkowe efekty somatyczne?

W roku 1957 było głośno o jednym z bardzo dramatycznych wydarzeń związanych z terapią placebo, kiedy pojawił się nowy cudowny lek o nazwie Krebiozen, który zrodził nadzieje na ostateczne rozwiązanie problemu raka. O tym leku dowiedział się pewien pacjent ze przerzutowymi guzami i płynem w płucach, który wymagał codziennego podawania tlenu i używania maski tlenowej. Jego lekarz brał udział w badaniach tego leku i ów pacjent wybłagał u niego, aby wypróbował go również na nim. Uległszy jego namowom, lekarz podał mu ten lek i stał się świadkiem cudownego wyzdrowienia. Guzy zostały wchłonięte i pacjent wrócił do normalnego życia. Poprawa ni trwała jednak długo. Wkrótce potem pacjent przeczytał artykuły mówiące, że Krebiozen nie daje tego, czego się po nim spodziewano, i doszło do nawrotu choroby, w następstwie czego ponownie pojawiły się u niego guzy. Głęboko poruszony pogorszeniem się stanu zdrowia tego pacjenta lekarz użył pewnego wybiegu. Oświadczył mu, że posiada nową, ulepszoną wersję Krebiozenu, którym w rzeczywistości była destylowana woda. Po tej terapii placebo pacjent w pełni wrócił do zdrowia i sprawnie funkcjonował przez kolejne dwa miesiące, do czasu ogłoszenia w prasie ostatecznego wyroku w sprawie Krebiozenu, który mówił, że ten lek jest całkowicie nieskuteczny. I to był gwóźdź do trumny dla tego pacjenta, który zmarł kilka dni później.

Poza tym melodramatycznym przypadkiem z Krebiozenem nie ma ani jednego przypadku bądź osobistego wyznania świadczącego lub dowodzącego efektywności terapii tym lekiem. Tylko badania statystyczne, a nie osobiste wyznania, mogą zweryfikować efektywność proponowanej terapii, zaś dobrze zaplanowane testy mogą wesprzeć pogląd mówiący, że placebo posiada somatyczne własności.

Jedno z takich badań przeprowadzono w roku 1997. Testowi poddano dwie grupy pacjentów cierpiących na łagodną postać przerostu prostaty. Jednej z nich podawano prawdziwy lek, a grupie kontrolnej zaaplikowano kurację placebo. Pacjenci przyjmujący placebo donosili o złagodzeniu objawów, a nawet polepszeniu funkcji dróg moczowych.

Są również doniesienia mówiące, że placebo działa jako czynnik rozszerzający oskrzela u pacjentów z astmą albo działa zupełnie odwrotnie – pogarsza oddychanie – w zależności od opisu farmakologicznego skutku, jaki badacze przekazali pacjentom, a więc efektu, jakiego pacjenci oczekiwali.

Placebo okazało się o wiele efektywniejsze przeciwko alergiom pokarmowym, a później w utrącaniu biotechnologii na rynku giełdowym. Jak to możliwe? Firma biotechnologiczna Peptide Therapeutics Group przygotowała się do wpuszczenia na rynek nowej szczepionki przeciwko alergiom na pokarmy. Pierwsze doniesienia były bardzo zachęcające. Kiedy eksperymentalna szczepionka osiągnęła etap prób klinicznych, rzecznik firmy przechwalał się, że okazała się skuteczna w 75 procentach przypadków – to procent, który zazwyczaj wystarcza do uznania szczepionki za efektywną. Grupa kontrolna, której podawano placebo, miała niemal identyczne wyniki – siedmiu na dziesięciu pacjentów doniosło o pozbyciu się alergii na pokarmy. Wartość akcji firmy spadła o 33 procenty. Efekt placebo w odniesieniu do alergii na żywność spowodował efekt nocebo na rynku akcji! W innym przypadku genetycznie zaprojektowany lek na serce, który rozbudził nadzieje firmy Genentech, został zniszczony przez placebo.

Jak to zgrabnie napisała historyk nauki Anne Harrington, placebo są „duchami”, które straszą w naszym domu biomedycznego obiektywizmu i obnażają paradoksy i pęknięcia w stworzonych przez nas samych definicjach rzeczywistych i aktywnych czynników w leczeniu.

Farmakologiczno-mimetyczne (przypominające farmakologiczne) zachowanie placebo może nawet naśladować uboczne efekty leku. W roku 1997 przeprowadzono badania pacjentów z łagodną postacią przerostu prostaty. Część tych, którzy otrzymywali placebo, uskarżała się na różne skutki uboczne od impotencji i spadku aktywności seksualnej po nudności, biegunkę i zaparcia. Inne badania wymieniają uboczne efekty placebo w postaci bólu głowy, wymiotów, nudności i szeregu innych objawów.

EFEKT PLACEBO W CHIRURGII

Jak głęboko może wniknąć placebo w dobrze zdefiniowany obszar medycyny? Z pewnością nie może konkurować z główną siłą uderzeniową medycyny, czyli chirurgią. Czy jednak na pewno?

W roku 1939 włoski chirurg Davide Fieschi wynalazł nową technikę leczenia dusznicy bolesnej (angina pectoris – bóle w klatce piersiowej w wyniku niedokrwienia mięśnia sercowego lub braku krwi/tlenu w mięśniu sercowym, zazwyczaj w rezultacie obstrukcji naczyń wieńcowych). Wnioskując, że zwiększenie dopływu krwi do serca zmniejszy ból pacjentów, wykonał małe nacięcia na ich piersi i zawiązał węzły na dwóch wewnętrznych arteriach sutkowych. U 75 procent pacjentów nastąpiła poprawa, a 25 procent zostało całkowicie wyleczonych. Ta chirurgiczna interwencja stała się na 20 następnych lat standardową procedurą w leczeniu dusznicy bolesnej. W roku 1959 młody kardiolog Leonard Cobb poddał metodę Fieschiego próbie. Zoperował 17 pacjentów, przy czym u ośmiu zastosował standardową procedurę, natomiast u pozostałych dziewięciu wykonał tylko malutkie nacięcia utwierdzając ich jednocześnie w przekonaniu, że przeszli pełną operację. Wynik okazał się wysoce kłopotliwy, bowiem stan tych, którzy mieli zmyśloną operację, był taki sam jak tych, których poddano pełnemu zabiegowi Fieschiego.

To był koniec techniki Fieschiego i zarazem początek udokumentowanego występowania efektu placebo w chirurgii.

W roku 1994 chirurg J. Bruce Moseley rozpoczął eksperymenty z chirurgicznym placebo. Nieliczną grupę pacjentów cierpiących na zapalenie kości stawów kolanowych podzielił na dwa zespoły i ich członkom oświadczył, że zostaną poddani artroskopii (wziernikowanie stawu). W rzeczywistości poddano jej członków tylko pierwszego zespołu. Członkowie drugiego zespołu zostali prawie nietknięci – lekarz wykonał im tylko maleńkie nacięcia, aby uwiarygodnić scenariusz artroskopii. W obu grupach uzyskano takie same rezultaty.

Zdziwiony tym wynikiem Moseley postanowił przeprowadzić próbę na większej grupie, aby uzyskać bardziej miarodajne statystycznie wyniki. Ponownie uzyskano identyczny wynik: skutki artroskopii z efektem placebo były takie same. I tak oto placebo utorowało sobie drogę na chirurgiczne sale operacyjne.

Przypuszczalnie robiący największe wrażenie aspekt chirurgicznego placebo wystąpił w przełomowych badaniach w roku 2004. W rezultacie nowatorskich badań komórek macierzystych opracowano nowe podejście do choroby Parkinsona. Przez małe otwory w czaszce implantowano do ludzkiego mózgu ludzkie embrionalne neurony dopaminowe. Wyniki były bardzo zachęcające, lecz i tym razem nowa metoda okazała się nie lepsza od placebo. W tym przypadku za placebo posłużyły małe otworki wywiercone w czaszce bez wszczepiania komórek macierzystych. Eksperymentatorzy wyznali, że „efekt placebo był bardzo silny”.

Jak to się dzieje, że samo terapeutyczne oczekiwanie daje często rezultaty identyczne z tymi, jakie daje rzeczywisty zabieg chirurgiczny? Wygląda na to, że umysł kontroluje procesy somatyczne, łącznie z chorobami. Biochemiczne ślady tych wpływów zaczynamy dopiero odkrywać. Współczesne badania wskazują na konkretne biologiczne procesy będące skutkiem efektu placebo.

SOMATYCZNE ŚCIEŻKI

W połowie lat 1990. badacz Fabrizio Benedetti przeprowadził nowatorski eksperyment, w którym wywołał niedokrwienny ból i złagodził go podając morfinę. Po zamianie morfiny na roztwór soli, okazało się, że placebo ma własność uśmierzania bólu. Kiedy jednak do roztworu dodano naloxone (środek o działaniu antagonistycznym w stosunku do opiatu), zdolność roztworu do uśmierzania bólu zniknęła. Benedetti doszedł do wniosku, że przeciwbólowe własności placebo były wynikiem określonych biochemicznych procesów. Nolaxone zablokował nie tylko morfinę, ale też endogenne opioidy – fizyczne środki uśmierzające ból.

Odkryte w roku 1974 endogenne opoidy – endorfiny – działają jako antagoniści bólu. Sugestię Benedettiego o uwalnianiu endorfin przez placebo wspierały wyniki obrazowania MRI (magnatic resonance imaging – obrazowanie rezonansu magnetycznego) i PET (posotron emission tomography – emisyjna tomografia pozytonowa). Indukowane przez placebo uwalnianie endorfin wpływa również na rytm serca i oddech. Jak napisał badacz Jon-Kar Zubieta: „…to [odkrycie] zadaje kolejny cios idei, że efekt placebo jest wyłącznie psychologicznym, a nie fizycznym zjawiskiem”.

Kolejne odkrycia wspierają pogląd, że efekt placebo wywołuje biochemiczny proces, zarówno w depresji, jak i w chorobie Parkinsona. Analizując wyniki skanowania PET, badacze oszacowali metabolizm glukozy w mózgach pacjentów z depresją. Metabolizm glukozy pod wpływem placebo wykazywał różnice, które przypominały efekty działania takich środków antydepresyjnych, jak fluoxentine. U pacjentów cierpiących na chorobę Parkinsona iniekcja placebo pobudziła wydzielanie dopaminy w podobny sposób do amfetaminy. Benedetti wykazał, że efekt placebo prowokuje zmniejszoną aktywność pojedynczych neuronów w jądrze podwzgórza u pacjentów z chorobą Parkinsona.

Z licznych badań wynika logiczny i bezpieczny wniosek mówiący, że istnieje biochemiczny substrat efektu placebo. Ale jeszcze ciekawszy jest związek z percepcją. Wygląda na to, że percepcja oraz kody i sygnały, które żywy komputer – mózg – wykorzystuje do przetwarzania zewnętrznych informacji, bardzo mocno determinują siłę i formę reakcji placebo.

W przeprowadzonych niedawno badaniach pacjentów rozmyślnie błędnie poinformowano ich, że zostali zakażeni niebezpiecznym mikrobem, po czym poddano ich leczeniu. W rzeczywistości nie było żadnych mikrobów, a zaordynowana terapia była kuracją placebo. No i proszę zgadnąć, co się stało? Otóż, u niektórych osobników wystąpiły objawy takie jak przy infekcji, których nie dało się usunąć przy pomocy placebo. Rozum potraktował fałszywe zarazki jako zagrożenie i poinstruował ciało, aby zareagowało tak, jakby były one prawdziwe.

Mimo potencji placebo i jego wizji dla nowej wizji zdrowia, w której ciało i umysł intensywnie współdziałają, duża liczba naukowców nadal traktuje je jako nieistotny błąd systematyczny, kłopotliwe zero. Według badacza raka Gershoma Zajiceka: „W teorii farmakologiczno-kinetycznej nie ma niczego, co wyjaśnia efekt placebo. Aby utrzymać tę teorię w spójności, efekt placebo traktuje się jako przypadkowy błąd lub szum tła, który można zignorować”.

Jednym z najbardziej wnikliwych badaczy placebo był Stewart Wolf, „ojciec psychosomatycznej medycyny”, który opisał je już w roku 1949. Wolf nie tylko obronił placebo, dowodząc, że nie jest ono fikcją, lecz bardzo „realnym” zjawiskiem, ale, co więcej, opisał także jego farmakologiczno-mimetyczne zachowanie. Był prawdopodobnie pierwszym badaczem, który związał placebo nie tylko z psychologią i predyspozycjami, ale również z percepcją. Ponad pół wieku temu stwierdził, że „mechanizmy ciała są zdolne do reagowania nie tylko na bezpośrednie fizyczne i chemiczne pobudzenie, ale również na bodźce symboliczne, słowa i wydarzenia, które w jakiś sposób zyskały szczególne znaczenie dla danej jednostki”.

https://i1.wp.com/img600.imageshack.us/img600/3599/placebo3.jpg

Placebo / Nocebo


W tym kontekście pigułka jest nie tylko porcją aktywnej substancji, ale też terapeutycznym symbolem, dzięki czemu organizm reaguje nie tylko na jej chemiczną zawartość, ale również na jej symboliczne znaczenie. Podobnie jest z zarazkami, które niezależnie od swoich cech fizycznych posiadają także własności symboliczne, które mogą wywoływać reakcje organizmu nawet pod ich nieobecność.

Badać należy również występowanie i zakres efektu nocebo w odniesieniu do oporności na leki. Być może oporność na leki jest wieloczynnikowym zjawiskiem obejmującym nie tylko ewolucyjną zdolność adaptacyjną mikrobów, ale i mechanizmy ludzkiej psychiki. Zjawiska plaebo i nocebo mogą okazać się fundamentalne nie tylko na poziomie indywidualnym, ale też społecznym. Mogą dostarczyć podwalin pod nowy model zdrowia, pod nową medycynę, który już w latach 1950. Wolf wyobrażał sobie następująco: „…w przyszłości leki będą oceniane nie tylko pod kątem ich farmakologicznego działania, ale też innych sił biorących udział w grze, jak również okoliczności towarzyszących ich aplikowaniu”.

Pięć wieków temu szwajcarski alchemik i lekarz Paracelsus (1493-1541) napisał: „Należy zdawać sobie sprawę, że jest to potężne uzupełnienie leków”. Wygląda na to, że nasza naukowa arogancja sprawiła, że staliśmy się ślepi na nauki płynące z przeszłości.

Peter Arquirou

Źródło: cudmilosci.net

Rozwój – obrona (1:52)

Efekt placebo. Szokująca historia pewnego pacjenta.

https://i2.wp.com/img834.imageshack.us/img834/9645/a54n.jpg

Placebo / Nocebo

Jednym z moich pierwszych nauczycieli tajemnic ciała i psychiki był stary Bruno Klopfer. Uważano go niemal za geniusza w dziedzinie testu Rorschacha; był autorem podstawowej, trzy-tomowej pracy na ten temat.
W przemówieniu wygłoszonym w 1957 roku do członków Towarzystwa Technik Projekcyjnych (był jego przewodniczącym) podzielił się doświadczeniami w tej dziedzinie, prezentując swe poglądy na temat zmiennych psychologicznych występujących w przebiegu raka.

Bruno był człowiekiem skromnym, więc zamiast mówić o sukcesach, wolał szczegółowo przedstawić jedną ze swych porażek.Był to przypadek sympatycznego pana Wrighta, który zaintrygował Bruna do tego stopnia, że często o nim opowiadał. […] Oryginalną historię pana Wrighta opisał jeden z jego osobistych lekarzy, doktor Philip West, godny zaufania obserwator, który zresztą odegrał w niej znaczącą rolę (Klopfer, 1957, s. 337-339).

U pana Wrighta występował rozległy i mocno zaawansowany złośliwy nowotwór węzłów chłonnych – mięsak limfatyczny. W końcu nadszedł dzień, gdy pacjent przestał reagować na wszelkie znane środki uśmierzające ból. Jego pogłębiająca się anemia uniemożliwiała stosowanie tak radykalnych metod jak promieniowanie rentgenowskie czy iperyt azotowy, które można by wypróbować w innej sytuacji. Ogromne guzy wielkości pomarańczy znajdowały się pod pachami, w pachwinach, na szyi, klatce piersiowej i brzuchu. Śledziona i wątroba przybrały gigantyczne rozmiary. Przewód piersiowy był niedrożny. Co drugi dzień z jego klatki piersiowej ściągano od 1 do 2 litrów mlecznego płynu. Często korzystał z maski tlenowej i odnosiliśmy wrażenie, że znajdował się w stanie terminalnym, a jedynym sposobem leczenia mogło być podawanie środków uśmierzających ból.

Mimo że lekarze stracili nadzieję, pan Wright wciąż ją miał, a było tak dlatego, iż oczekiwał pojawienia się nowego, ponoć zbawiennego leku, o którym już donosiła prasa. Preparat nazywał się krebiozen i jak się później okazało, był zupełnie nieskuteczny.

Pacjent dowiedział się w jakiś sposób, że nasza klinika została przez Towarzystwo Lekarskie wytypowana do przetestowania tego leku. Przeznaczono dla nas dawki wystarczające, by leczyć dwunastu wybranych pacjentów. Pan Wright nie zaliczał się do nich, ponieważ warunki umowy były następujące: choroba wprawdzie powinna być tak zaawansowana, że standardowa terapia nie mogła przynieść korzyści, ale przewidywany okres życia pacjenta musiał wynosić co najmniej trzy, a najlepiej sześć miesięcy. Oczywiście pan Wright nie spełniał tego drugiego warunku – nawet rokowanie, że pożyje dłużej niż dwa tygodnie, wydawało się bardzo optymistyczne.

Kilka dni później dostarczono preparat i zaczęliśmy szykować program testowy, który nie obejmował pana Wrighta. Gdy ten usłyszał, że rozpoczynamy leczenie krebiozenem, jego entuzjazm nie miał granic i, choć usilnie starałem się mu to wyperswadować, tak gorąco błagał, by dać mu tę niezwykłą szansę, że wbrew swoim poglądom i niezgodnie z warunkami postawionymi przez Komisję do spraw Krebiozenu zadecydowałem, iż włączę pana Wrighta do programu.

Zastrzyki miały być podawane trzy razy w tygodniu. Pamiętam, że pierwszy zaaplikowaliśmy mu w piątek. Nie widziałem go potem aż do poniedziałku, a gdy szedłem do szpitala, myślałem, że pacjent albo kona, albo już umarł.

Jakaż oczekiwała mnie niespodzianka! Zostawiłem go w gorączce, oddychającego z trudem, całkowicie złożonego chorobą. Teraz chodził po oddziale, wesoło gawędził z pielęgniarkami i z każdym, kto tylko zechciał słuchać, dzielił się swym dobrym nastrojem. Natychmiast pobiegłem do innych pacjentów, którzy w tym samym czasie dostali swój pierwszy zastrzyk. Okazało się, że nie nastąpiło ani polepszenie, ani pogorszenie ich stanu. Nadzwyczajna poprawa widoczna była tylko u pana Wrighta. Guzy zaczęły znikać jak topione na gorącym piecu kule śniegowe i przez tych kilka dni zmniejszyły się o połowę. Regresja ta była znacznie większa, niż gdyby najbardziej wrażliwego na promieniowanie guza poddawać codziennie bombardowaniu promieniami rentgenowskimi. Wcześniej zresztą przekonaliśmy się, że guzy naszego pacjenta nie reagują na naświetlanie. Poza jednym, nieskutecznym przecież zastrzykiem nie otrzymał on żadnych innych leków.

Fenomen ten wymagał wyjaśnienia i zmusił nas raczej do otwarcia się na nową wiedzę niż do prób tłumaczenia. Dalej, tak jak zaplanowaliśmy, podawaliśmy zastrzyki trzy razy tygodniowo ku wielkiej radości pacjenta i naszemu rosnącemu zakłopotaniu. W ciągu dziesięciu dni [pana Wrighta] wypuszczono z “łoża śmierci” – wszystkie objawy jego choroby zniknęły w tak krótkim czasie. Brzmi to nieprawdopodobnie, ale ten śmiertelnie chory człowiek, kiedyś chwytający hausty powietrza przez maskę tlenową, teraz nie tylko normalnie oddychał, ale był w pełni aktywny i bez problemów przeleciał swym samolotem na wysokości 12 000 stóp.

Ta nieprawdopodobna sytuacja zaistniała na samym początku testowania krebiozenu. Po około dwóch miesiącach zaczęły się pojawiać sprzeczne doniesienia. Wszystkie kliniki, które wypróbowały lek, donosiły o jego nieskuteczności. Natomiast twórcy preparatu uparcie zaprzeczali zniechęcającym faktom, które wychodziły na jaw.

Tygodnie wolno mijały, a wieści o krebiozenie bardzo martwiły naszego pana Wrighta. Choć nie był on bardzo wykształcony, jego sposób rozumowania był logiczny i prawie naukowy. Pacjent zaczął tracić wiarę w to, co stanowiło jego ostatnią nadzieję i ratunek, a nie zostało mu już nic, czego mógłby pragnąć. Gdy rezultaty, o których pisano, zaczęły wyglądać beznadziejnie, zniknęło także przekonanie pana Wrighta o skuteczności leku. Po dwóch miesiącach doskonałej formy wrócił do poprzedniego stanu, stał się bardzo przygnębiony i ponury.

Wówczas dostrzegłem możliwość powtórnego sprawdzenia leku i być może również odkrycia sposobu, w jaki znachorzy osiągają wyniki, które sobie przypisują (a wiele ich wypowiedzi można rzetelnie udowodnić). Znając już wrodzony optymizm mego pacjenta, -świadomie go oszukałem. Zrobiłem to z powodów czysto naukowych. Chciałem wykonać ściśle kontrolowany eksperyment, który mógł przynieść odpowiedź na wszystkie kłopotliwe pytania związane z przypadkiem pana Wrighta. Co więcej, test mój nie mógł w żaden sposób pogorszyć jego stanu – tego byłem pewien; ponadto nie znałem niczego, co mogłoby mu pomóc.

Gdy pan Wright próbował walczyć z rozpaczą ogarniającą go z powodu nawrotu choroby, który nastąpił mimo “cudownego leku”, zdecydowałem się wykorzystać szansę i odegrać rolę znachora. Celowo skłamałem, mówiąc mu, żeby nie wierzył w to. co piszą gazety, bo lek mimo wszystko jest niezwykle obiecujący. “Jaka więc – spytał – jest przyczyna mojego pogorszenia?” “Po prostu specyfik w tej postaci utracił swoją siłę – odparłem. – Jutro prawdopodobnie otrzymamy nowy, doskonale rafinowany produkt o podwójnej mocy, który być może podziała dwukrotnie silniej niż pierwsze zastrzyki”.

Wiadomość ta stała się dla pana Wrighta prawdziwym objawieniem. Ciężko chory pacjent znów jaśniał optymizmem i chęcią rozpoczynania wszystkiego od początku. Przesunąłem o kilka dni datę nadejścia przesyłki, co sprawiło, że pan Wright oczekiwał jej jak zbawienia. Gdy oznajmiłem, że niedługo zaczniemy nową serię zastrzyków, był pełen wiary i prawie wpadł w ekstazę.

Pierwszy zastrzyk podałem z wielkimi fanfarami i odgrywaniem przedstawienia (w tych warunkach uznałem to za dopuszczalne). “Nowy preparat o podwójnej mocy” składał się wyłącznie z wody. Wyniki eksperymentu były dla nas zaskakujące, choć skoro go robiliśmy, musieliśmy oczekiwać jakichś rezultatów.

Wydobycie się pacjenta ze stanu agonalnego miało teraz przebieg jeszcze bardziej dramatyczny niż za pierwszym razem. Guzy rozpłynęły się, zniknął płyn w klatce piersiowej, pacjent powrócił do pracy zawodowej, a nawet znowu zaczął latać. Stanowił w owym czasie okaz zdrowia. Przez ponad dwa miesiące nie występowały u niego żadne objawy. Później w prasie ukazał się komunikat AMA (Amerykańskiego Towarzystwa Medycznego): “przeprowadzone w całym kraju testy dowiodły, że krebiozen nie przedstawia żadnej wartości jako lek na raka”.

Kilka dni po ukazaniu się tego raportu pana Wrighta ponownie przyjęto do szpitala w stanie agonalnym. Utracił wiarę, zniknęła nadzieja. Po dwóch dniach umarł.

Opis osobowości pana Wrighta, dokonany przez Klopfera i zapisany po badaniu testem Rorschacha, jest następujący (Klopfer, 1957, s. 339):

Protokół z badania testem Rorschacha sporządzono, zanim nastąpiło przejście od optymizmu do pesymizmu. Odzwierciedla on osobowość, w której występuje – jak to kiedyś określiłem – płynna organizacja ego. Widać to w obecnym zachowaniu pacjenta i wielkiej łatwości, z jaką najpierw poddał się sugestii płynącej z reklamy leku, a później sugestiom lekarza podczas celowo zaplanowanego eksperymentu; nie przejawiał oznak ani obrony, ani nawet krytycyzmu. Jego ego po prostu płynie i dlatego cała jego życiowa energia jest wolna – wywołała zatem taką reakcję na lek, która wydawała się czymś w rodzaju cudu.

Niestety, sytuacja ta nie mogła trwać dłużej, ponieważ nie stabilizowało jej dobrze zakorzenione centrum osobowości, w którym długofalowa perspektywa zapobiegłaby katastrofalnym konsekwencjom rozczarowania lekiem. Używając symbolicznej analogii, można powiedzieć, że podczas pływania po powierzchni wody pod wpływem optymistycznej autosugestii lub sugestii pacjent zamienił się w ciężki kamień i bez walki poszedł na dno w chwili, gdy siła owej sugestii przestała działać.

Przypadek pana Wrighta aż nadto żywo ilustruje sukcesy i porażki prób komunikowania się między psychiką a ciałem oraz uzdrawiania na obecnym poziomie wiedzy. Jeszcze nic rozumiemy wszystkich istotnych czynników, które występują w każdej konkretnej sytuacji, i mamy jedynie niejasne pojęcie o tym, jak wspomagać niezawodne uzdrawianie. Jak dotąd wiemy na ten temat niewiele więcej, niż wiedziano 30 lat temu, gdy pan Wright zaprezentował swym lekarzom potęgę optymizmu.

Wiemy dziś na przykład, że układ odpornościowy może kontrolować rozwój raka; ulepszając ten układ, można by doprowadzić do zmniejszenia przezeń nowotworu. Układ odpornościowy pana Wrighta był z całą pewnością pobudzony przez jego wiarę w wyleczenie. Nieprawdopodobne tempo, w jakim wracał do zdrowia, sugeruje, że jego układy autonomiczny i hormonalny były podatne na sugestię i pomagały mu zmobilizować układ krwionośny z taką niezwykłą skutecznością, że doszło do usunięcia toksycznych płynów i innych pozostałości szybko malejącego nowotworu. Jak się później okaże, dzisiaj wiemy więcej o układzie limbiczno-podwzgórzowym mózgu, który jest głównym łącznikiem między psychiką a ciałem, modulującym aktywność układów odpornościowego, autonomicznego i hormonalnego w odpowiedzi na sugestię psychiczną i autosugestię.

Podsumujmy: doświadczenie pana Wrighta dowodzi, że jego głębokie przekonanie o skuteczności bezwartościowego leku, jakim był krebiozen, wywołało uzdrawiający efekt placebo, spowodowało aktywizację głównych systemów komunikacji między psychiką a ciałem.

Ernest L. Rossi – Hipnoterapia. Psychobiologiczne mechanizmy uzdrawiania

Źródło: zenforest.wordpress.com

Efekt placebo występuje również u szczurów

Efekt placebo nie ogranicza się do ludzi, zaobserwowano, że występuje również u szczurów.
[…] Zwierzęta, które spodziewały się zelżenia bólu, rzeczywiście odczuwały ulgę, gdy podano im nieczynną [fizjologicznie] substancję. W ten sposób „uprawomocniliśmy” stosowany od dawna model zwierzęcy – jak sądzimy, to, co robimy na szczurach, stanowi dobrą reprezentację zjawisk występujących u ludzi – uważa prof. John Neubert z Uniwersytetu Florydzkiego.
W ramach studium Amerykanie warunkowali gryzonie, by spodziewały się morfiny (1 mg/kg) lub soli fizjologicznej. W ciągu 2 sesji zwierzętom podawano jedno lub drugie. Później w czasie 3. sesji wszystkim szczurom wstrzyknięto podskórnie sól fizjologiczną. W grupie otrzymującej wcześniej morfinę ok. 30-40% osobników zachowywało się jak po podaniu alkaloidu – odczucia bólowe zelżały (uprzednio naukowcy lekko oparzali pysk szczurów). Autorzy artykułu, który ukazał się w październiku w piśmie PAIN, podkreślają, że odpowiedź gryzoni z kilku powodów przywodziła na myśl efekt placebo. Po pierwsze, zaobserwowano dużą zmienność międzyosobniczą reakcji. Po drugie, ulegała ona zahamowaniu po podskórnym zaaplikowaniu silnego antagonisty receptorów opioidowych naloksonu (5 mg/kg).
Analgezja jest szczególnie podatna na reakcje placebo. Dzięki ostatnim badaniom zdobyto szereg informacji o neurologicznym podłożu tego zjawiska, jednak studia na ludziach nie dają możliwości kompletnego mechanistycznego wyjaśnienia znieczulenia placebo, gdyż względy etyczne ograniczają zakres stosowania manipulacji komórkowych, molekularnych i genetycznych. Publikacja Neuberta i innych z pewnością podniesie rangę testów w modelu przedklinicznym.
Autor: Anna Błońska

Źródło: University of Florida
Źródło: kopalniawiedzy.pl

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s