Rozważania na „dni ostatnie”

Zbliża się koniec roku, a więc niewątpliwie nadchodzą „dni ostatnie” – przynajmniej w roku 2016. Ale nie tylko w tym znaczeniu.

Oto mamy do czynienia z eskalacją politycznej wojny, którą za pośrednictwem starych kiejkutów, ich agentury, Żydów i pożytecznych idiotów, co to myślą, że naprawdę chodzi o demokrację i praworządność (bo przecież tylko idiota może uwierzyć, że demokrację z jej naczelną zasadą: im większa Liczba, tym słuszniejsza Racja, można ożenić z praworządnością, według której Racja istnieje samoistnie i nie ma nic wspólnego z żadną, ani małą, ani wielką Liczbą), więc którą za wspomnianym pośrednictwem prowadzi z Polską Nasza Złota Pani.

Ta eskalacja zmierza milowymi krokami do politycznego przesilenia, a więc również z tego powodu nadchodzące dni mogą okazać się „ostatnie” – przynajmniej dla rządu i aktualnej postaci państwa.

Dochodzą mnie skrzydlate wieści, że stare kiejkuty już prowadzą sondażowe rozmowy z wytypowanymi posłami, żeby na wypadek politycznego przesilenia mieć już gotowy zespół, który będą lansować („a potem lansował mnie przez dwie godziny…”) mniej wartościowemu narodowi tubylczemu w charakterze jasnego idola.

Zatem również dla aktualnych politycznych ekspozytur również mogą zbliżać się „dni ostatnie” i taka, dajmy na to, Nowoczesna, ze wszystkimi panienkami, będzie musiała zlać się, dajmy na to, z prawdziwymi socjalistami pana Zandberga w partię pod nazwą Róbmy Sobie Na Rękę. Jeżeli Nasza Złota Pani w takiej właśnie formacji sobie upodoba, to nie będzie tu miejsca na żadne grymasy, bo w przeciwnym razie stare kiejkuty przypomną każdemu, skąd wyrastają mu nogi.

Ale to wszystko drobiazg, w porównaniu z możliwością, że owe „dni ostatnie” mogą dotyczyć aktualnej postaci świata. Jak wiadomo, świat prędzej czy później musi się skończyć, a kiedyż się nad tym zastanawiać, jeśli nie podczas dni ostatnich, jeśli dotyczą one choćby tylko mijającego roku. Każdy mijający rok przybliża nas przecież do „dni ostatnich” w tym fundamentalnym, kosmicznym znaczeniu.

Wprawdzie Czesław Miłosz utrzymywał, że koniec świata rozpocznie się w sposób dla nikogo niezauważalny, a kiedy już pojawia się widoczne symptomy, będzie za późno na jakakolwiek interwencję.

Zresztą – o jakiej interwencji tu mówić, gdy zachwieją się fundamenty świata? „Niebo i Ziemia przemijają, chwieją się fundamenty światów” – pisał poeta – chociaż i on nie prezentował jakichś charakterystycznych zwiastunów „dni ostatnich”.

Pewne wskazówki co do postaci zaawansowanej znajdujemy w Nowym Testamencie. Święty Marek na przykład pisze, że „Słońce się zaćmi i księżyc nie da światłości swojej, a gwiazdy spadać będą i moce niebieskie zostaną wstrząśnięte”, a z kolei święty Łukasz dodaje, że „na ziemi trwoga narodów, bezradnych wobec szumu morskiego i jego nawałności”.

Józef Conrad w opowiadaniu „Tajfun” wspomina, że i kapitan Mc Whirr wyobrażał sobie koniec świata właśnie w postaci szczególnie złej pogody, która zwłaszcza na morzu objawia się właśnie w postaci „szumu morskiego”, a właściwie nie tyle szumu, co ryku. Czyż nie z tego powodu angielscy marynarze nazwali obszar między 40 i 50 stopniem szerokości geograficznej południowej „ryczącymi czterdziestkami” (roaring forties)?

Karol Olgierd Borchardt wspomina sztorm na Morzu Północnym, kiedy był oficerem na statku przewożącym pasażerów ze Wschodniej Europy do Ameryki. Na pokład wyszło dwóch Ukraińców, którzy na widok olbrzymich, ryczących gór wodnych zamarli ze zgrozy, a po chwili jeden szepnął do drugiego: „podywyś, szto heta z nami?”

Nawiasem mówiąc, Borchardt twierdził, że głosy natury najlepiej naśladuje język grecki, na dowód czego przytaczał fragment opisu burzy morskiej z „Odysei”, w którym „gromowładna siła sztormu” była oddana przez nagromadzenie dźwięków „r”: „trichha te kai tetrachha” – co w rozszerzonym tłumaczeniu oznaczało, że „Biada! Maszt się na łeb nam zwalił! Trzykroć, czterokroć pękł żagiel również wiatrem miotany!”

Pierwsze Ewangelie spisane, a jeśli nie spisane, to przełożone zostały na język grecki, dzięki Aleksandrowi Wielkiemu rozpowszechniony na wielkich obszarach ówczesnego świata, więc być może i z tego powodu w opisie końca świata tyle morskich akcentów?

Ale nawet i to jeszcze nic, w porównaniu z poruszeniem Mocy, nie tyle może „niebieskich”, co „judeochrześcijańskich” w związku z mianowaniem na funkcję metropolity krakowskiego dotychczasowego ordynariusza łódzkiego, abpa Marka Jędraszewskiego.

Największy klangor z tego powodu wznieciła akurat żydowska gazeta dla Polaków, co jeszcze raz potwierdza trafność spiżowej sentencji Józefa Stalina, że „kadry decydują o wszystkim”. Żydowska gazeta dla Polaków miała bowiem na to stanowisko swoich faworytów i wydawało się, że papież Franciszek, jako przecież niezwykle postępowy, nie będzie miał innego wyjścia, jak udelektować nie tylko redakcyjny Judenrat, ale przede wszystkim Sanhedryn, który tak wiele nadziei wiąże z przerobieniem Kościoła w naszym nieszczęśliwym kraju na „Żywą Cerkiew”.

Tak zoperowany Kościół przestałby bowiem pełnić funkcję namiastki szlachty dla mniej wartościowego narodu tubylczego, stając się gotowym pasem transmisyjnym „judeochrześcijaństwa” do nieświadomych niczego katolickich mas, które, doprowadzone dzięki temu do stanu bezbronności, bez trudu można by przerobić na „nawóz Historii”, na którym cudny kwiat postępowej Ludzkości znalazłby wreszcie odpowiednie warunki rozwoju.

Wydawało się, że sprawy idą w pożądanym kierunku, ale tym większe było rozczarowanie, kiedy papież Franciszek posłał do Krakowa arcybiskupa Jędraszewskiego. Żydowska gazeta dla Polaków nawet nie próbowała ukrywać zawodu tym całym papieżem Franciszkiem, który często może i szybciej mówi, niż myśli, ale w polityce kadrowej okazał się podstępną, jadowitą żmiją.

Rozczarowania nie ukrywał też rzucony w „Polityce” na religijny odcinek frontu ideologicznego pan red. Adam Szostkiewicz, nagrodzony w swoim czasie za „zwalczanie ksenofobii i antysemityzmu” oraz „utrwalanie tolerancji”, ale ma się rozumieć, z wykluczeniem wrogów tolerancji, dla których żadnej tolerancji być nie może, to chyba jasne?

Otóż pan red. Szostkiewicz tej nominacji „nie rozumie”, natomiast jest nią „zbulwersowany”, podobnie jak zresztą wielu postępowych intelektualistów, zadowolonych ze swego rozumu.

Również przedstawiciele postępowego duchowieństwa w osobie ojca Tomasza Dostatniego i innych, mówią o „kroku w tył”, sugerując, że papież Franciszek w ogóle nie interesuje się Europą, więc nawet do Krakowa delegował kogoś spod dużego palca. „A myśmy się spodziewali…” z goryczą puentuje przewielebny ojciec Dostatni, przewidując, że od tej pory papież Franciszek „będzie w Polsce krytykowany”.

Jeśli ta krytyka będzie eskalowana równolegle do eskalacji konfliktu politycznego, to nie jest wykluczone, że najbardziej rozczarowana papieżem Franciszkiem część duchowieństwa przejdzie na judaizm [spora jego część już tam jest, tylko wierne barany… pardon, owieczki, tego nie widzą – admin]. Gdyby jeszcze w dodatku udało się jej przechwycić majątek Kościoła, to mogłoby to oznaczać nadejście „dni ostatnich” również i dla niego, przynajmniej w dotychczasowej postaci.

Stanisław Michalkiewicz
http://michalkiewicz.pl

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s