Igrzyska polityczne w Polsce AD 2016

Rok 2016 zapisał się w naszej historii jako okres jałowych, ale zarazem wyniszczających Polskę konfliktów między partią rządzącą i opozycją.

Wszystkie, zarówno ten pierwszy, który dotyczy Trybunału Konstytucyjnego, jak i ostatni, wywołany ograniczeniem praw dziennikarzy w sejmie oraz niezgodnym z procedurą głosowania w polskim parlamencie uchwaleniem budżetu na rok 2017 można było w krótkim czasie rozwiązać – przy odrobinie dobrej woli walczących między sobą stron.

Strony te bowiem niejeden raz zgodnie głosowały w sprawach dla Polski najistotniejszych – m.in. na rzecz neobanderowskiej Ukrainy czy baz NATO w Polsce – zgodnie popierały i popierają antyrosyjską politykę Warszawy, permanentną – obejmującą ludobójstwo chrześcijan – wojnę USA-UE-Izraela-NATO na Bliskim Wschodzie. Zgodnie też – ratyfikowały w 2009 roku – gdy zasiadał w sejmie nie tylko PiS, ale również trzon obecnej opozycji – podpisany przez Lecha Kaczyńskiego antychrześcijański Traktat Lizboński.

Zabrakło nie tylko dobrej woli, ale również mediatora. Kościół, którego do takiej roli predestynowały zarówno zasługi historyczne, jak i autorytet moralny oraz społeczny, stanął po jednej stronie konfliktu – w dodatku posiadającej pełnię władzy, z mediami „narodowymi” i katolickimi włącznie. Proste do rozwiązania konflikty przerodziły się w siłę anarchizującą Polskę.

W tym kontekście przeciętnemu obywatelowi jawi się jako normalne zarządzanie Polską przez prezesa partii posiadającej władzę. Nikt nawet nie zastanawia się głośno, jak to się dzieje, że osoba, która nie ma konstytucyjnej legitymacji, aby być „naczelnikiem” państwa, bez żadnych przeszkód decyduje o losach milionów Polaków.

I nie jest to żadna putinizacja Polski – co zarzucają Jarosławowi Kaczyńskiemu przeciwnicy z opozycji – gdyż Władimirowi Putinowi pełnię władzy zapewnia konstytucja Federacji Rosyjskiej i jej zapisy dotyczące władzy prezydenta. Polska konstytucja nie daje żadnej osobie w państwie takiej władzy, jaką uzurpuje sobie prezes zwycięskiej partii, który decyduje nie tylko o posunięciach prezydenta RP i rządu, ale również o obradach sejmu.

Feralne posiedzenie tego gremium 16 grudnia 2016 roku z woli posła Jarosława Kaczyńskiego zakończyło się nowym kryzysem – tym razem parlamentarnym, rokującym poważne problemy w roku 2017. Występując w roli „naczelnika”, poseł ten chce nawet uporządkować opozycję parlamentarną – zapowiedział, że jest możliwość podjęcia z nią rozmów, jeśli wyłoni swego lidera. To zaś oznacza, że „naczelnik” chce osobiście utworzyć jeden parlamentarny blok opozycyjny – koncesjonowany, do usług partii rządzącej. Istny Orwell – na żywo, na naszych oczach.

Zdemolowany wcześniej Trybunał Konstytucyjny nie ukróci permanentnego łamania Ustawy Zasadniczej w Polsce, gdyż przestał być wiarygodny. Jego obecna zależność od partii rządzącej może skutkować jedynie jeszcze większą anarchią bądź orzeczeniami sankcjonującymi dyktaturę jednej partii i rządy autokratyczne. Takie zaś rządy mogą się spodobać tylko niewielkiej części Polaków, w dodatku nie na długo.

Większość nie lubi bowiem zamordyzmu i odgórnego reglamentowania tzw. sprawiedliwości społecznej. Jest ukierunkowana nie tylko wolnościowo, ale również solidarystycznie i chciałaby współdecydować o losach naszego państwa – m.in. poprzez zasady demokracji partycypacyjnej. Tej większości pisowska władza nie przekupi nawet spotęgowanym programem 500+.

Promotor idei wojny

W minionym roku Polska wyróżniała się jako państwo promujące ideę wojny z Rosją. Rozbudowała w tym celu aparat propagandowy i podjęła wszelkie starania, aby zmobilizować członków NATO do stworzenia flanki wschodniej sojuszu. Wzięła również udział w natowskim „wyścigu zbrojeń”, przeznaczając jako pierwsza – nie licząc USA – 2 % budżetu na armię pod dyktando Waszyngtonu, z korzyścią dla amerykańskiego przemysłu zbrojeniowego.

Najważniejszym jednak prowojennym działaniem obecnych władz było rozpoczęcie budowy amerykańskiej tarczy antyrakietowej w Redzikowie i zgoda na obecność natowskich baz oraz żołnierzy Pentagonu w Polsce.

W tym zaś kontekście uzasadnione i konieczne nakłady na budowę naszego potencjału obronnego mogą budzić wątpliwości. Jednakże najbardziej zadziwiający w tym wszystkim jest fakt, iż prowojenna zgodność partii rządzącej i opozycji nie spotkała się z żadnym sprzeciwem – wyłączywszy pojedyncze głosy prawicowych patriotów – ze strony polskiego społeczeństwa. Świadczy to o totalnym jego zniewoleniu ideą wojny i antyrosyjską propagandą, w którą włączyły się również katolickie media.

Wsparcie nie tylko polityczne, ale również finansowe dla przedłużającego walkę z Donbasem kijowskiego reżimu, wysłanie samolotów F-16 i 150 „specjalistów” na Bliski Wschód dla militarnych działań USA i NATO w tym rejonie czy przedłużenie „stabilizacyjnego” pobytu naszych żołnierzy w Afganistanie było jedynie rutynowym zachowaniem, zapoczątkowanym przez nasz udział w wojnie z Irakiem. Podobnie rutynowe były nasze działania w trwającej od 2014 roku wojnie gospodarczej z Rosją poprzez nakładanie na nią sankcji.

Nowością był natomiast pełen przekłamań antyrosyjski raport w sprawie propagandy Kremla na terenie UE, przygotowany dla unijnego parlamentu przez europosłankę PiS Annę Fotygę. Zarówno w tym wypadku, jak i we wszystkich innych prowojennych działaniach skierowanych przeciwko Rosji polskie władze zachowują się irracjonalnie – wbrew logice, faktom, a nade wszystko polskim interesom.

Powołują się przy tym na zdyskredytowaną – m.in. przez wrogą wobec mniejszości polskiej na Litwie polityką tamtejszych władz czy powrót do antypolskiej ideologii banderyzmu na Ukrainie – koncepcję Międzymorza, wpisującą się wręcz idealnie w amerykańską politykę okrążania Rosji.

Już pobieżna analiza prowojennej polityki Polski pozwala sformułować konkluzję, iż nie ma ona nic wspólnego z bezpieczeństwem naszego kraju. Przeciwnie, określa go jako miejsce „zgniotu”, obszar globalnego konfliktu militarnego, z góry skazany na unicestwienie w przypadku użycia broni atomowej przez Rosję – w obronie własnej, zgodnie z jej doktryna wojskową. Jednocześnie polityka ta uwidacznia brak polskiej doktryny obronnej.

Ta bowiem, którą po rozpadzie Układu Warszawskiego wyznaje polski establishment polityczny i opiniotwórczy, jest doktryną amerykańsko-natowską. Jej podporządkowany jest kierunek rozwoju i uzbrojenia polskiej armii oraz budowa bezpieczeństwo Polski. Przyjazd do naszego kraju 4 tysięcy żołnierzy amerykańskich, którzy mieliby nas bronić w starciu z Rosją, jest nie tylko szyderstwem z polskiego narodu, ale również znakiem zredukowania naszej suwerenności.

Wystarczy przypomnieć w tym miejscu Syrię, gdzie USA i NATO, wspierając rebeliantów, poniosły spektakularną klęskę w starciu z Rosją walczącą po stronie prezydenta Asada. Z tej perspektywy tylko w zdefektowanym umyśle może zrodzić się próba uzasadnienia obecności natowskich baz i obcych wojsk w Polsce patriotyczną troską o jej bezpieczeństwo.

Jest to o wiele cięższe przestępstwo aniżeli starania o unijną kontrolę demokracji w Polsce i inspekcję Komisji Weneckiej. Jak je określić, jeśli te ostatnie są nazwane przez obóz PiS – nie tylko partię J. Kaczyńskiego, ale również jej zaplecze – Targowicą, Konieczna jest albo reinterpretacja samej Targowicy, albo jej stopniowanie. Póki co, Targowica jest wszędzie tam, gdzie zapadały w minionym roku decyzje w działaniach ograniczających naszą suwerenność, a więc zarówno we szeregach PiS, jak i opozycji.

Dryfowanie na obrzeżach UE

Podporządkowanie Polski amerykańskiej polityce międzynarodowej z góry determinuje jej rolę w UE jako reprezentanta interesów USA. Tak też jesteśmy postrzegani w Brukseli – śmieszni gracze pozbawieni własnego potencjału w podstawowych sferach polityki: społecznej, gospodarcze, militarnej.

Szafowanie natomiast rzekomym potencjałem Grupy Wyszehradzkiej – co stało się w ostatnim roku nawykiem polskiego prezydenta i polskiego rządu – jest nadużyciem. Więcej jest bowiem w tym gremium interesów rozbieżnych – m.in. w odniesieniu do Rosji – aniżeli wspólnych. Czechy, Słowacja i Węgry nie chcą konfrontacji z Moskwą i coraz bardziej ociągają się z dalszym nakładaniem na nią sankcji. W ostatniej rundzie tej walki Polska jako jedyna domagała się ich przedłużenia na rok – i przegrała, nie uzyskawszy poparcia Grupy.

Sankcje, z dużą świadomością ich szkodliwości dla UE – przedłużono tylko na sześć miesięcy. Grupa Wyszehradzka nie zapewniła też Polsce większego poparcia Europarlamentu dla antyrosyjskiego raportu A. Fotygi. Wyniki głosowania nad jego przyjęciem były marne: za: 304, przeciw: 179, wstrzymujący: 208. Licząc te wyniki poprawnie – wstrzymujące jako brak akceptacji – raportu nie poparła większość głosujących. Mimo tego w Polsce nie tylko PiS, ale również opozycja odtrąbiły sukces na antyrosyjskim froncie.

Również próba blokowania przez Polskę budowy drugiej nitki Gazociągu Północnego nie przynosi oczekiwanych skutków. Wszystko wskazuje na to, że polscy politycy, kierując się rusofobia i ideą międzymorza, oderwali się od unijnej rzeczywistości na dobre. W niej liczą się bowiem nade wszystko bieżące – ale także dalekosiężne – interesy, nie zaś polityka historyczna czy anachroniczne doktryny, na których Warszawa buduje swoją politykę gospodarczą i relacje z Rosją. One też były inspiracją do wykreowania Polski w roli lidera Partnerstwa Wschodniego, a jednocześnie do zaangażowania w przeprowadzenie „majdanu” w Kijowie i wsparcia dla reżimu Petro Poroszenki w wojnie z Donbasem.

Działania te z góry były skazane na klęskę, której nie przewidział establishment polityczny w Warszawie, zaślepiony wiarą w przebrzmiałe idee Jerzego Giedroycia. Ta klęska stała się dodatkową – oprócz prowojennej polityki wobec Rosji – przyczyną zmarginalizowania Polski w UE. Do jego utrwalenia przyczyniło się fiasko Ukrainy poniesione w jej staraniach o członkostwo w Unii oraz zniesienie unijnych wiz. Polska jako promotor tych starań poniosła jeszcze większe fiasko.

Trzeba podkreślić: zasłużone. Jako jedyna w UE miała nie tylko prawo, ale również moralny obowiązek postawić Ukrainie warunek: nie poprzemy was, dopóki nie odetniecie się od zbrodniczej ideologii banderyzmu i nie rozliczycie z dokonanych w jej imię zbrodni ludobójstwa na polskich obywatelach. Nie tylko nie poprzemy was, ale będziemy ostrzegać Europę przed nowym pokoleniem wyznawców tej ideologii.

Z powodu uwikłania w amerykańską politykę wobec Ukrainy Polska utraciła historyczną szansę w osądzeniu banderyzmu na forum międzynarodowym, udając że nic nie wie o jego odrodzeniu i rozkwitającym kulcie jego twórcy. Póki co, Ukrainę w jej marszu do Unii powstrzymała – aczkolwiek z innych powodów – Holandia. Polski „sen o potędze” u boku wielkiej Ukrainy, skończył się bolesnym przebudzeniem – na peryferiach Unii.

Nikt nam nie pomoże w odzyskaniu pozycji sprzed rewolty ukraińskiej – ani Grupa Wyszehradzka, ani sama Unia, rządzona przez Niemcy usatysfakcjonowane naszą sytuacją. Co więcej, Bruksela dołoży starań, aby nam jeszcze zaszkodzić. Niezadowolona z wyników kontroli „zagrożenia demokracji” w Polsce, postara się nas odpowiednio ukarać. Wprawdzie nie ma instrumentów prawnych, aby nas obłożyć sankcjami, ale ma soft power, dzięki której utrwali – nade wszystko w sferze propagandy – nasz wizerunek jako czarnej owcy w unijnym gronie.

My zaś pod wodzą PiS będziemy nadal dryfować na obrzeżach. Na wyjście z Unii nikt nie ma bowiem ani ochoty, ani programu. Etatowy jej krytyk, J. Kaczyński, modli się o jej przetrwane, gdyż rozpad Unii bądź polexit oznaczałyby dla jego partii koniec. Nikt bowiem nie da jego wiejskiemu wyborcy tylu dopłat, ile daje Bruksela.

Epigoni antykomunizmu i kapłani KOR

Brak własnych koncepcji obrony przed zagrożeniami ze strony megatrendów politycznych i cywilizacyjnych – antynarodowego globalizmu i antychrześcijańskich wartości w sferze polityki, kultury i życia społecznego – zastąpiono anachronicznym jej substytutem – ideologią antykomunizmu, który zupełnie bezpodstawnie przypisano rewizjonistycznemu KOR. Ona też odegrała ważną rolę w działaniach politycznych partii rządzącej – przy akceptacji opozycji.

Ideologia antykomunizmu i „dziedzictwo” KOR stały się podstawą sztandarowych – obok programu 500+ – posunięć władzy, które zainicjował IPN opanowany przez PiS – przejęciem archiwum wdowy po generale Czesławie Kiszczaku i ujawnieniem materiałów o agenturalnej przeszłości Lecha Wałęsy.

Kontynuacją tych działań było uchwalenie ustawy regulującej dekomunizację w Polsce i nakazującej m.in. usunięcie z przestrzeni publicznej symboli komunizmu. Stała się ona prawnym orężem do walki z pomnikami upamiętniającymi żołnierzy Armii Czerwonej, którzy ponieśli śmierć na polskiej ziemi w walce z nazistowskimi Niemcami.

Wojna pomnikowa z Rosją nie została jeszcze zamknięta i przejdzie do historii jako świadectwo anachronicznych idei rządzących polską polityką w momencie, gdy we współczesnym świecie największym zagrożeniem stały się procesy towarzyszące neoliberalnej hegemonii USA oraz zrodzony w jej ramach światowy terroryzm.

Na pytanie: gdzie są w Polsce komuniści? PiS odpowiada: na emeryturze i uchwala tzw. ustawę deuzbekizacyjną zmniejszającą ich świadczenia emerytalne, a także ich wdowom i dzieciom. Zapowiada ponadto ustami Antoniego Macierewicza – kapłana KOR – pośmiertną degradację generałów Jaruzelskiego i Kiszczaka, poprzez pozbawienie ich stopni generalskich.

Tak oto walka antykomunistów z utopią komunizmu przekształciła się w utopię walki – z wdowami i zmarłymi funkcjonariuszami aparatu władzy PRL oraz żołnierzami radzieckimi, których setki tysięcy zginęły na polskiej ziemi w walce z Hitlerem.

Jej zwolennicy mogą przejść do historii tylko jako frustraci, którzy z antykomunizmu uczynili ideę fix w momencie, gdy znalazł się on na śmietniku historii.

W tym kontekście spory w ramach panującego układu mają charakter igrzysk politycznych, odcinających Polskę od głównych procesów europejskich, a to sprawia, że jesteśmy – już tradycyjnie – zdani na totalną improwizację, gdy przyjdzie się z nimi zderzyć. Czyli nic się nie zmieniło od czasów Mickiewicza, który opisując zaścianek w „Pan u Tadeuszu” i jego gotowość do uczestniczenia w wojnach napoleońskich, świetne ją ujął w wypowiedzi Sędziego: „Szabel nam nie zabraknie, szlachta na koń wsiędzie, Ja z synowcem na czele i – jakoś to będzie”.

Jedyna możliwość zmiany

Aby uzdrowić sytuację Polski i odrzucić odwieczną improwizację jako stałą daną naszej mentalności wraz z dziedziczonymi z pokolenia na pokolenie skłonnościami do uzależnień od mocniejszych graczy politycznych wbrew naszym interesom, konieczne jest całkowita transformacja sceny politycznej, nie zaś zmiana opozycji na partię rządzącą i następnie na odwrót.

Wymiana elit musi się dokonać z założeniem, że całkowicie nowa władza przyjmie za cel swej działalności banalne prawdy o polskiej racji stanu: o pierwszeństwie celów żywotnych dla naszych interesów narodowych, związanych z naszą tożsamością narodową i funkcjonowaniem naszego państwa – interesów nienegocjowalnych z podmiotami zagranicznymi, osiąganych w procesie współdziałania wszystkich konstytucyjnych organów władzy.

prof. Anna Raźny
Myśl Polska, nr 3-4 (15-22.01.2017)
http://www.mysl-polska.pl/

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s