Prezydentura Trumpa a sprawa polska – (cd. tekstu z 17 grudnia 2016 r.)

Część 1 – http://piastpolski.pl/prezydentura-trumpa-a-sprawa-polska/

Wszystko to można by jeszcze jakoś – z wielką biedą – wytrzymać, ale już niektóre zachowania i „popisy” min. Waszczykowskiego zdecydowanie, skrajnie ostentacyjnie wykraczają poza wszelkie – pisane i niepisane – reguły i normy panujące w świecie dyplomacji.

Chodzi tu zwłaszcza o jego pośrednie przyznanie się – w dodatku już po fakcie, czyli już po ogłoszeniu wyników wyborów prezydenckich w USA (sic!) – iż on sam, kierowany przez niego resort, i w ogóle cała obecna ekipa rządząca w zasadzie całkowicie bagatelizowały, a nawet w pewnym sensie bojkotowały kandydaturę Donalda Trumpa na fotel prezydenta Stanów Zjednoczonych.

Jakże bowiem inaczej można zinterpretować odpowiedź na postawione mu w trakcie jednego z telewizyjnych wywiadów (przez B. Rymanowskiego) pytanie, czy „Polska ma swojego człowieka w ekipie Trumpa”?

A odpowiedź ta zabrzmiała tak: „Z tego, co wiem, tam są Polacy, związani z Polonią. Trzeba będzie natychmiast uruchamiać wszystkie kanały…”.

Jest to odpowiedź w istocie szokująca. Nie wdając się tu już w dywagacje, czy p. minister wiedział o istnieniu owych „Polaków związanych z Polonią” jeszcze przed rozstrzygnięciem się wyborczego pojedynku, czy też uświadomiono mu to już po fakcie, łatwo – już na podstawie tylko tej jednej, jedynej wypowiedzi – skonstatować, że nie dopuszczał do siebie absolutnie myśli o innym możliwym rozwiązaniu niż gładka i pewna elekcja H. Clinton.

Czy wydedukował to we własnym zakresie, czy szedł do końca ślepo i bezwładnie na pasku gruboskórnie preparowanych sondaży, czy może wreszcie dostawał pewne „cynki” od takich czy innych zakulisowych ośrodków sił ustanowionych – jest tu już kwestią drugorzędną i w zasadzie nie wartą nawet roztrząsania.

P. Clintonowa miała po prostu wygrać i już, z tego chociażby prostego powodu, że p. Waszczykowski i całe jego otoczenie bardzo, ale to bardzo tego chciało, w dodatku owo chciejstwo opierało się na jednym zasadniczym, naprawdę ważnym motywie – mianowicie jej wybór dawał perspektywę dalszej kontynuacji bezrefleksyjnego i beztroskiego szczekania w rosyjską stronę zza – przynajmniej teoretycznie – szczelnej amerykańskiej gardy. Wszelkie inne kryteria i przesłanki tak naprawdę się nie liczyły.

Naturalnie p. Waszczykowski – swoim zwyczajem – nie widzi jednak specjalnego powodu ani do wyrażania zaniepokojenia wytworzoną sytuacją, ani tym bardziej do samokrytyki, i optymistycznie liczy, że problem rozwiąże się sam:

„(…)Jesteśmy na dobrej drodze, bo Amerykanie są w tej chwili u nas, więc my możemy mówić Amerykanom jasno: Polska jest zabezpieczonym krajem. Możemy odejść od tylko wyłącznie kwestii bezpieczeństwa wojskowego i przejść na poważną współpracę gospodarczą…”.

Innymi słowy, wynika z tych słów jasno, że jak dotąd żadnej takiej „poważnej współpracy gospodarczej nie było! A na czym można opierać nadzieje i rachuby na jej zainicjowanie? Niech zgadnę – czy na wdrożeniu CETA?

Zresztą to tylko taka mała przygrywka do głównego akordu. Oto bowiem p. minister bez najmniejszej krępacji wyznaje:

„(…)Mam nadzieję, że Donald Trump skoryguje wyborczą retorykę (wymierzoną w establishment i tzw. poprawność polityczną) i wróci do realizowania interesów amerykańskich…”.

Jedyną zdroworozsądkową reakcją na takie postawienie sprawy może być już tylko całkowite osłupienie. Oto jakiś tam minister podrzędnego kraju wasalnego nie tylko wie najlepiej, w czym i jak mają się wyrażać własne, bezpośrednie interesy hegemona – ale jeszcze deklaruje to zupełnie otwarcie. I to jeszcze w sytuacji, w której tenże prezydent-elekt wygrał wybory, obiecując głównie właśnie powrót do sumiennej i rzetelnej realizacji tychże „interesów amerykańskich”.

Cóż, p. Waszczykowski ma to szczęście, że D. Trump ma teraz moc o wiele ważniejszych spraw na głowie niż tego rodzaju drobnostki, ale niech się skrupulatnie wystrzega kolejnych tego rodzaju kardynalnych nietaktów – chyba, że pragnie jak najszybciej zakończyć swoją ministerialną misję.

Czy zdążono już uruchomić owych „Polaków związanych z Polonią” w sztabie Trumpa (czyżby chodziło np. o Coreya Lewandowskiego?) – niepodobna powiedzieć. Jest (będzie) to wszakże wyzwanie niełatwe – przynajmniej gdyby rozchodziło się nie tylko o samo ich „uruchomienie” ale i o wywarcie za ich pośrednictwem konkretnego wpływu na określone kroki i decyzje nowego amerykańskiego prezydenta.

Trump zechciał się, co prawda, pochylić po polskie, a ściślej mówiąc, polonijne głosy jako pierwszy amerykański polityk czy też osobistość tej rangi od wielu, wielu dziesięcioleci – wszelako nie należy przeceniać wagi i konsekwencji tego faktu. Po pierwsze, był on zmuszony do szukania poparcia, gdzie tylko się dało, a więc także i sięgania do pewnych „nisz”, z takich czy innych przyczyn pryncypialnie ignorowanych przez butną i pewną swego kontrkandydatkę.

A że traktował swą prezydencką kandydaturę nie tylko w kategoriach misji, ale i do pewnego stopnia swego rodzaju przedsięwzięcia biznesowego – miał tym większą determinację i wolę zwycięstwa. Co jednak istotniejsze, pozyskał te polonijne głosy w zasadzie za darmo, a konkretnie za kilka „ciepłych słówek”, co jest też pochodną obecnej kondycji polskiej społeczności w USA – uderzająco rozbitej, słabo zorganizowanej, zwłaszcza od strony politycznej, i pozbawionej wyrazistych, charyzmatycznych przywódców.

Oczywiście sam fakt poparcia kandydata w sposób oczywisty lepszego z polskiego punktu widzenia i w dodatku kandydata, który wygrał, ma oczywiście swoje – większe lub mniejsze, tego jeszcze nie wiemy – znaczenie, a więc naszym rodakom zamieszkałym w USA należą się słowa podziękowania, gdyż zrobili to, co w danym miejscu i czasie zrobić mogli.

Niemniej, ponieważ Trump niczego (poza wizami, które akurat nie leżą w jego bezpośredniej mocy i kompetencjach) konkretnie im nie obiecał, nie zaciągnął też i wobec nich, a za ich pośrednictwem także i Polski, żadnych konkretnych zobowiązań. Zresztą może będzie lepiej, jeśli p. Waszczykowski w ogóle nie będzie próbował nikogo i niczego już „uruchamiać”, bo to może jeszcze przysporzyć Polsce dodatkowych nieszczęść…

Póki co nie ma ku temu raczej większych obaw, jako że praktycznie cały polskojęzyczny establishment najwyraźniej postanowił ograniczyć się do ufnego czekania na rezultaty zmasowanej wojny, jaką cała tzw. partia wojny (War Party), wydała Trumpowi. A są to działania absolutnie bezprecedensowe, robiące jako żywo wrażenie pełzającego zamachu stanu.

Naturalnie bezpośrednie utracenie, czy raczej niedopuszczenie prezydenta-elekta do objęcia urzędu nie wchodzi tu w ogóle grę, niemniej z ogromnym nakładem sił i środków dąży się do maksymalnego związania mu rąk już na samym starcie prezydentury, drastycznego podważenia jego wiarygodności, zwłaszcza poprzez ukazywanie jego wyboru przez pryzmat rzekomej „kreacji Putina”, uprzedzającego zaszachowania jego możliwych posunięć, słowem – do „ucywilizowania” Trumpa i poskromienia jego niesforności.

Ta potężna „partia wojny, poza samym neokonserwatywnym jądrem, połączyła w swych szeregach takie potężne czynniki wpływu, jak m.in. największe amerykańskie massmedia, służby specjalne, lobby zbrojeniowe, różnych wojskowych „jastrzębi”, którzy tak zrośli się z ideą jedynego globalnego hegemona, że wprost nie dopuszczają myśli o możliwości jakiegokolwiek jej umniejszenia – a jej głównym narzędziem jest oczywiście ustępująca administracja Obamy, wdrażająca bezceremonialnie typową politykę faktów dokonanych, i podrzucająca nowemu prezydentowi „kukułcze jaja”, gdzie tylko się da.

Elementem tej polityki faktów dokonanych jest bez dwóch zdań również i zainstalowanie wojsk USA na terytorium Polski, powitanych tu przez sfery oficjalne z wielką pompą jako „najlepsza i najwspanialsza armia świata”. Co prawda, był to krok ustalony i przesądzony już uprzednio, na ostatnim warszawskim szczycie NATO, a więc także i nowa administracja byłaby – chcąc, czy nie chcąc – zmuszona wdrożyć go w życie. Ale mogła go przecież wdrożyć w innym, mniejszym, skromniejszym, być może zupełnie symbolicznym wymiarze – należało więc takiej możliwości zapobiec.

Można i należy w całej rozciągłości zgodzić się z posłem Robertem Winnickim (RN), który stwierdził:

„(…) »rosyjska agresja« ma być kluczem do wyjaśnienia całej złożoności sytuacji międzynarodowej, w której ważą się interesy rozmaitych podmiotów. Tymczasem, napędzanie tego typu histerii nie ma żadnych walorów poznawczych. Najbardziej martwi mnie jednak całkowite uprzedmiotowienie Polski przy aplauzie wszystkich głównych sił politycznych. Obama wysyła tu wojska pod koniec swej kadencji, wiedząc, że Trump zamierza zmienić charakter dotychczasowych relacji z Rosją. Terytorium Polski jest więc narzędziem rozgrywania odchodzącej ekipy rządzącej w USA przeciwko swoim następcom z przeciwnego obozu, jest miejscem harców amerykańskiej „partii wojny” z kręgów globalistycznych celem zachowania wpływów. (…)

Przede wszystkim jednak amerykańscy żołnierze w Polsce to czytelny sygnał dla świata, że polskie sprawy nie rozstrzygają się w Warszawie, lecz w Waszyngtonie. Peany na część Amerykanów wygłaszane przez premier Szydło to także cios w morale naszej własnej armii. Widocznie niepodległa Polska wykracza poza horyzonty myślowe znacznej części polskiej klasy politycznej, skoro nie możemy funkcjonować inaczej niż „wschodnia flanka” czy „przedmurze…”:

>http://www.kresy.pl/wydarzenia,bezpieczenstwo-i-obrona?zobacz/robert-winnicki-strach-przed-rosja-napedzaja-srodowiska-ktore-zlikwidowaly-niepodleglosc-na-rzecz-Brukseli-i-Waszyngtonu

Trzeba tu tylko dodać refleksję, że te wiernopoddańcze, „wasalne” peany mają, przy braku oznak publicznego sprzeciwu na większą skalę, najpewniej dopomóc do wytworzenia propagandowego obrazu w samej Ameryce, że Polacy jak jeden mąż z niezwykłym wprost utęsknieniem wyczekiwali owych amerykańskich wojsk i aż wprost promienieją ze szczęścia, widząc je u siebie – a tym samym wpłynąć na utrzymanie w jak największym stopniu dotychczasowej linii polityki Stanów Zjednoczonych względem całego regionu.

Tymczasem zanosi się wyraźnie na jej duże korekty, i to wcale nie idące bynajmniej w poprzek elementarnym polskim interesom narodowym. Jeśli bowiem np. D. Trump w swoim ostatnim słynnym wywiadzie dla „The Times” i „Bild” odnosi się mocno ambiwalentnie, a nawet wprost krytycznie wobec Unii Europejskiej w obecnym jej kształcie, jeśli wyraża się w tonie nadzwyczaj przychylnym i optymistycznym o Brexicie, jeśli – najzupełniej w zgodzie z faktami – określa ją „instrumentem (wehikułem) niemieckiej dominacji (w Europie)”, wchodzącym w kolizję z interesami USA – to można – naturalnie z polskiego punktu widzenia – tylko temu przyklasnąć.

Przecież jest to jakby uchylenie pewnej furtki dla działań idących nie tylko w kierunku pewnego upodmiotowienia samych relacji polsko-amerykańskich, ale i rewizji obecnej niemieckiej hegemonii, zwłaszcza gospodarczej, w UE i całej Europie, swego rodzaju przyzwolenie, a nawet zachęta dla wyrwania się spod tak mocno duszących i krepującą naszą energię i nasz potencjał obcęgów Mitteleuropy.

A tymczasem reakcją obecnej ekipy rządzącej i w ogóle całej kasty politycznej jest grobowe milczenie – i to w sytuacji, gdy ekipa ta uchodzi za najbardziej proamerykańską z proamerykańskich. J

akże zresztą może być inaczej, skoro już wcześniej zdążono złożyć – i to kilkakrotnie – swoiste wyrazy solidarności, a nawet hołdy lenne względem mocno krytykowanej przez Trumpa A. Merkel, niezależnie od pewnych „zastrzeżeń” co do kształtu jej polityki imigracyjnej.

Jest także już „oczywistą oczywistością”, że – pomimo najbardziej nawet uroczystych zaklęć – sytuacja zmierza wyraźnie i nieubłaganie ku wyraźnemu odprężeniu w stosunkach amerykańsko-rosyjskich. Będzie to zapewne proces trudny i żmudny, o trudnych, wprost niemożliwych do przewidzenia efektach, które mogą okazać się ostatecznie równie dobrze bardzo znaczące i wymierne, jak i znikome, a nawet wprost żadne – zwłaszcza że obydwie strony występują wyraźnie z pozycji siły.

Niemniej, i Moskwa i nowa administracja w Waszyngtonie będą się starały, i to szczerze, osiągnąć znaczącą poprawę wzajemnych relacji z tego prostego powodu, że obecny ich stan i poziom nie służy ich obiektywnie rozumianym interesom, pomimo ewidentnych sprzeczności, występujących w wielu polach i płaszczyznach.

Najlepszym potwierdzeniem faktycznej woli i intencji Kremla w tym zakresie jest choćby jego nadzwyczaj powściągliwa reakcja względem mających jawnie prowokacyjny podtekst ostatnich decyzji B. Obamy o wydaleniu znacznej liczby rosyjskich dyplomatów z terytorium Stanów Zjednoczonych, a także o dalszym zaostrzeniu amerykańskich sankcji gospodarczych i tzw. personalnych.

Rosjanie nie liczą przy tym wcale na jakiś przełom, ani nawet na znaczące amerykańskie ustępstwa, ale po prostu na równe miejsce przy negocjacyjnym stole i zwykły, można by rzecz, biznesowy pragmatyzm Trumpa, z którym będzie można się dogadać na zasadzie: „coś za coś”, w miejsce trwających dotąd ideologicznych krucjat i ciągłego mieszania się w ich sprawy wewnętrzne.

Druga strona zdaje się rozumować podobnie, czego wyrazem wydaje się być choćby nominacja Rexa Tillersona, dotychczas dyrektora generalnego potężnego giganta paliwowego Exxon Mobil, a więc typowego menedżera, a nie zawodowego polityka – na nowego sekretarza stanu.

Co znamienne, tenże Exxon Mobil zainwestował w Rosji całkiem spory kapitał w okresie tzw. resetu, rozpoczętego w 2008 r., a zakończonego definitywnie odpaleniem kijowskiego Majdanu, i poniósł następnie dotkliwe straty wskutek wzajemnych sankcji i konieczności zwinięcia większości interesów w tym kraju. Zdążył jednak w międzyczasie, w kooperacji z rosyjskim państwowym koncernem Rosnieft, rozpocząć m.in. eksploatację wysokooktanowej ropy naftowej, inwestując w platformy wydobywcze umiejscowione na rosyjskim szelfie polarnym na Morzu Karskim.

Forsowanie właśnie tej kandydatury (musi być ona jeszcze formalnie zatwierdzona przez amerykański Senat, jednakże, mimo wszelkich związanych z nią kontrowersji, trudno zakładać, żeby republikańska większość chciała rzucać Trumpowi otwarte kłody pod nogi ot tak już na samym starcie prezydentury), mimo zdecydowanego sprzeciwu większości prominentnych przywódców zarówno republikanów, jak demokratów – najlepiej oddaje priorytety nowego amerykańskiego prezydenta.

Ciekawe w tym kontekście, kiedy obecna ekipa rządząca uzna w końcu konieczność choćby jakiego takiego unormowania i załagodzenia relacji polsko-rosyjskich? Czy dopiero wtenczas, kiedy zrobi to uprzednio pomajdanowa Ukraina i tym samym nie będzie już „obowiązku” jej obrony? Całkiem możliwe – tyle tylko, że w takim wypadku grozi nam stoczenie się do pozycji kompletnego zaścianka i swoistego politycznego skansenu, pomimo geograficznego położenia w samym centrum Europy…

Janusz Włodyka
http://piastpolski.pl/

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s